8 cze 2014

ą ę





 Włodzimierz Pawlak   ąę Gra z Gombrowiczem 135 x 190 cm, fragment

Galeria Browarna zaprasza do swojej siedziby w Łowiczu, przy ul. Podrzecznej 17, na wystawę prac Włodka Pawlaka (m.in. z nowego cyklu Powrót do Lascaux). inf. tel.691 979 262
Poniżej tekst Andrzeja Biernackiego, z katalogu towarzyszącego pokazowi.





Dzieło, mające pozostawić wrażenie zdrowia, powinno być wykonane nakładem najwyżej trzech czwartych sił swego twórcy. (...) Wszystkie rzeczy dobre mają w sobie coś niedbałego i leżą jak krowa na łące. 

POWYŻSZA OPINIA WŁODKA PAWLAKA, odnosząca się do ogólnych relacji twórca i dzieło, choć wypowiedziana w samych początkach jego drogi jako malarza (opublikowana w 1986 r. w 6 numerze pisma Gruppy Oj dobrze już), ujawnia bodaj najważniejszy splot cech charakteryzujących jego własne poczynania, a wówczas, także realną zapowiedź kierunku, w którym –mimo mylących zwrotów i komplikacji- będą one zmierzały. Zapowiedź pozorów powagi, niemalże naukowego podejścia do zagadnień z trywialną konkluzją. Mariażu górnolotnej terminologii z intuicyjnym, najprostszym działaniem. Pomieszania wysokiego z niskim. Błądzenia po omacku jakiegoś de facto, za parawanem analitycznego de nomine. Dewaluowania podjętej wzniosłości przyziemnym, doszacowywania nikczemnego szlachetnym. Jednym słowem, do zaabsorbowania całej rozpiętości sprzecznych porządków, z zamysłem wymuszenia na przeciwnościach, naturalnej harmonii porządku własnego.

Trzy cykle prac, pokazywane na obecnej wystawie, Traktat moralny, Powrót do Lascaux, i Notatki o sztuce, w pełni wpisują się w tę przewrotną taktykę. Np.. w ramach owego Traktatu, którego słownikowa definicja jasno sugeruje, że oto mamy do czynienia z jakąś naukową (obiektywną) rozprawą, Pawlak serwuje nam zestaw białych prac, których malarską tkankę stanowią dukty pionowych, poziomych i ukośnych gruzłów, subiektywnie nanoszonej, farby olejnej. Oczywiście jest w tym cyklu prawdziwie naukowy rys, czyli żelazna konsekwencja trwania przy jednym pigmencie i wciąż tym samym rozstawie ściegów faktury w obrębie jednego płótna. Ale rozchwiane i nawarstwione jak wyjdzie wałki impastów, burzą założony wstępnie porządek kierunkowy.


 Włodzimierz Pawlak   Traktat moralny,  2 x 150 x 200 cm, fragmenty

Dramat wyrazu swobodnie fluktuującej farby, uwikłanej w proces ręcznego nanoszenia, bierze górę nad emocjonalną monotonią malarskiej inżynierii, nazbyt równych odstępów. Powtarzalność gestów malarza, nie przekładająca się wprost na powtarzalność kształtowania olejnych bruzd białego areału, wyzwala wciąż inną moc światła, amplifikującego efekty. Patrzymy na obrazy robione bielą, ale nie klinicznie białe. Na rytmie trzech, głównych kierunków, które tylko z grubsza są pionowe, z grubsza poziome i z grubsza ukośne. Ograniczając kolor do wariantu bieli, a kierunki do trzech podstawowych, Pawlak bada możliwości wyrazowe pigmentu, ale nie rezygnując z manualu rękodzielniczej metody, oddala obiektywizm wyniku. W tym właśnie sensie nadużywa zawartego w tytule swojej serii, znaczenia rzeczownika Traktat, zarezerwowanego bardziej dla prób mędrca i jego szkiełka, niż gestów ręki i nawyków oka. Przyznajmy jednak, że naukowy timbre nagłówka, mięknie wraz z dodatkiem moralny. Traktat moralny, czyli inny niż tylko traktat. Rodowód brzmienia tytułu, autor wyjaśnia znanym w heraldyce zabiegiem tzw. szrafowania, czyli zamiany tynktury (barw pól herbowych) na graficzny system linearny, przydatny w przekładzie druku jednobarwnego. Niebieski kolor znaczą w nim linie poziome, czerwony pionowe, zielony - lewoskośne i purpurowy – prawoskośne. Ale barwom i ich graficznym zamiennikom, heraldyka przydała walor określonych cech. Liniowanie poziome oznacza tu czystość, lojalność i wierność; pionowe – wspaniałomyślność i hart ducha; prawoskośne – umiarkowanie, zaś lewoskośne – miłość, radość i obfitość. Nieprzypadkowo więc, malarz używa bieli, koloru bez konkretnej zawartości semantycznej, będącej fizycznie spektrum barw tęczy. Wprawdzie mało jest prawdopodobne, by bez autorskiego komentarza, ktokolwiek sam wpadł na taki trop interpretacyjny, ale kto wie, może jest to też podpowiedź drugiego dna pozoru wielu innych tzw. sprzeczności Włodzimierza Pawlaka, które są nimi tylko dlatego, że nie dysponujemy odpowiednim, autorskim kluczem? 

    Włodzimierz Pawlak   Notatki o sztuce,  2 x 33 x 24 cm

 Z drugiej strony, czy potrzebujemy klucza do czegoś, co obiektywnie jest tak ukryte, że bez realnej szansy zadziałania w wizualnym planie subiektywnego odbioru? Czy do odbioru potrzebujemy rozeznania w zakamarkach inspiracji twórczej aktywności autora. Zwłaszcza, czy do odbioru malarstwa, potrzeba nam wiedzy o pretekstach innych niż malarskich. Przecież od tego, na jotę nie zmieni się kontemplatywny stan rozmalowanej powierzchni pierwszego kontaktu. Nie zmieni się nic w tym, co i tak jest. Przecież patrząc na fizyczne cechy Traktatu Pawlaka, widać także pełny, moralny wymiar TEJ i TAKIEJ twórczości, bez umawiania się na boku z translatorami rebusów heraldyki. Wszak mamy tu i lojalność wobec malarskiego gatunku, i wspaniałomyślność wyrażoną w bezinteresowności omijania koniunktury. I nadzwyczajny hart ducha, wyzierający z benedyktyńskiej pracowitości, a także umiarkowanie zaklęte w konsekwencji czystości rytmu i koloru. Żeby bezbłędnie odczytać te cechy, jeżeli już, wystarczy umówić się z tradycją „weksylologii” obrazów, która od z górą 40 000 lat sufluje tym, co znaczą cokolwiek na czymkolwiek.

Zdaje się, że na ten trop malarz wpadł sam, gdy po latach gier, dialektycznych eksperymentów i manewrów z semantyczną otoczką gruppowych mitologii, dyskontowania obcych teorii widzenia (Strzemiński) i myślenia (Malewicz), oraz niezliczonych własnych, postanowił sięgnąć do praźródeł. Namalował kilka dużych rozmiarów obrazów pod wspólnym tytułem Powrót do Lascaux (2007-2013). Początkowo na prawie białych powierzchniach, zapożyczonych ze swoich Tablic dydaktycznych, Dzienników, Przestrzeni logicznych, a potem w dominantach czerwonych, żółtych i granatowych, także zaadoptowanych z wcześniejszych, monochromatycznych prób minicyklu, Historia koloru. Chwiejnym konturem z gęstej farby, Pawlak począł kreślić wizerunki znane  z malarskiego elementarza prehistorycznych jaskiń. Włochaty mamut, stado reniferów, rączy jeleń z rogami jak iglasty ogon strzały, grupy ofiar, zwanych myśliwymi, tkwiąca w surowym archipejzażu asymetrii siły stron. Z biegłym wyczuciem charakteru, sprowadzonych do obrysu sylwetek, z klarowną dyspozycją planów, z ekonomią akcentów, bezbłędnie osiąga wyraz całości. Ten cykl, to –zapewne- kolejny paradoks, może nawet kolejna prowokacja Pawlaka, o tyle znacząca wśród innych sprzeczności, że w kontrze zarówno do osobnych gestów własnych po drodze, ale i w kontrze do całej strategii tej drogi. Działanie osadzone na znanej, już opanowanej metodzie czyszczenia, klarowania, ostrej redukcji elementów, ale za to z ewidentnym powrotem do dzikich obrazów, z ich ostentacją tematyczną i żywiołową ilustracyjnością,  malarskością brut wyrazu. Jawna inwersja własnej logiki, wiodąca do płótna założonego jednym kolorem, nawet jeśli w sgraffito inskrypcji Dzienników,  w strukturze Requiem, w kożuchu bieli od brzegu do brzegu Notatek o sztuce. Jest odwróceniem logiki wiodącej do flekowania emocjonalnej pustki po aurze wizerunku, stricte warsztatową teorią zamiaru. Odejściem od opowiadania tylko o metodzie i powrotem do ...opowiadania. Zamianą ważności planów. 

 Włodzimierz Pawlak  Powrót do Lascaux,  2 x 135 x 200 cm

Naturalna i utalentowana metoda pozostała w malarskich odwodach, w bliskim zapleczu wizerunków, jako oczywiste świadectwo ich narracyjnej wiarygodności. Plastyczny consensus mowy form, z przekładem właściwych treści. Uporządkowanie malarskich składowych prostokąta obrazu, strategią myśli o nim, a nie strategią sprzątania, na zasadzie: wymieść i będzie czysto. Abstrakcyjne próby po drodze, w tym kontekście, nabierają sensu dociekań działań najprostszych, najbardziej naturalnych, w nadziei znalezienia stanu   i wyrazu niezbędnego. Nie nowego, ale właściwego. Powrót do Lascaux A.D. 2013, Włodka Pawlaka, jest niejako przy okazji, powrotem do zacytowanej na wstępie, przytomnej jego dewizy. Jaskiniowy zwierzyniec, umiejętnie niedbale malowany, leży na blichowanych kredowym gruntem surówkach rozległych płaszczyzn jak krowa na łące. Jak farba na płótnie...  

29 maj 2014

Pro(in)stytucja



Szkoda Fabia

Zdecydowanie dziwią mnie dzisiaj te wszystkie pretensje, adresowane do Fabio Cavalucciego i jego sposobu zarządzania jedną z największych polskich instytucji sztuki, Zamkiem Ujazdowskim. Dziwią, bo przecież pełniąc funkcję dyrektora CSW w latach 2010-2014, Cavalucci, ani na jotę nie sprzeniewierzył się swojemu, dużo wcześniejszemu sposobowi zarządzania, z którego doskonale był znany i który wszyscy zainteresowani -jak na komendę- entuzjastycznie łyknęli w Warszawie. Zatem, z tym większą satysfakcją nieskromnie przypomnę, że wtedy, przed 3 laty, bodaj tylko ja wykazałem się refleksem niesubordynacji i równo zjechałem tę jego elekcję. Znowu, zresztą, wychodząc na frustrata i malkontenta na tle faktu, że nawet przegrane w konkursie polskie kontrkandydatki Włocha, uznały warszawski sukces Cavalucciego za własny. Opublikowałem wówczas na blogu dwa teksty*, odsłaniające sylwetkę i kulisy metod tego DYREKTORA Z ZAWODU. Nie to, żebym znał osobiście szczegóły, tylko akurat trafiłem na odnośne teksty we włoskim piśmie Arte, które dekadę temu, w czasach gdy Cavalucci kierował skromną Galleria Civica di Arte Contemporanea w Trento (2001-2008), szczodrze nakreśliły główne zręby sposobów na sukces a la Fabio. W wielkim skrócie przypomnę te sposoby.
1.szybko wkręcić się na stołek którejś z publicznych placówek,
2. mniej lub bardziej zmałpować program głównych graczy światowego artworldu,
3. podpisać im jakąś lojalkę (np. przyjmując członkostwo w Radzie Programowej którejś Manifesta),
4. z tym wekslem, stosując znany, intelektualny szantaż z ciemnogrodem, wycisnąć co i skąd się da.
5. np. wyrwać od urzędasa typu hop do przodu, roczny budżet, szybko go skonsumować, maks do lipca, sierpnia, a potem, w ramach oszczędności, z co bardziej zakumplowanymi, w tym przypadku z Cattelanem, Kozyrą czy Tiravaniją, zrobić wypad w Dolomity i co fajniejsze,okoliczne spa. 

Jeśli po tym zaczyna być nieznośnie gorąco, należy zmienić klimat na chłodniejszy, np. warszawski. A jeżeli i tu zaczyna wiać chłodem, nie czekając na finał kontraktu, znowu wziąć kurs na ciepło włoskiej ojczyzny i zaaplikować do innego CSW, np. w Prato. Należy w końcu mieć nadzieję, że przynajmniej tam, po jakimś czasie nie będzie zdziwienia postawą wybranego, który na wstępie w aplikacji wyraźnie zaznaczał, że w Prato chce stworzyć miejsce spotkań sztuk. Co fajniejszych zresztą i, oczywiście, nowoczesnych.

KAWAŁ UCZCI...wych inaczej

Dla nas pozostaje ciekawe tło schłodzenia stosunków ZUJ-owego zespołu kuratorów z dyrektorem Cavaluccim, co -ostatecznie- stało się gwoździem do jego (heka)tomby. Wszak kuratorom całe lata absolutnie nie przeszkadzały dyżurne wady INSTYTUCJI SZTUKI, np. że to artyści są KLIENTAMI tego biurotworu jak CSW, i to oni są z biurotworem w serwilistycznej relacji. Kuratorom nie przeszkadzało, że będąc zaledwie elektronami jądra, jaką w kulturze jest twórczość, latami zżerali kasę, która jeżeli komuś w pierwszej kolejności się należała, to właśnie jądru kultury, czyli twórczości. Że od ich płatnego widzimisię, zależało koncesjonowanie wartości, a więc instytucjonalne skazywanie na banicję w bezpłatnym offie, hektarów nielubianej wersji twórczości. Że gorliwie, przepisywali historię sztuki na aktualne, płatne zamówienie instytucji. Że siedząc w strukturze z gruntu antyrynkowej, ZAKUPY DO INSTYTUCJI WG WŁASNYCH WYBORÓW ZA CUDZĄ KASĘ NAZYWALI RYNKIEM!

Cavalucci, jako szef INSTYTUCJI zaczął im zawadzać dopiero wtedy, gdy ich samych -jak wcześniej artystów, skazał na serwilistyczną relację z instytucją. Gdy także kuratorzy zostali jej i jego klientami. Gdy dyrektor i z nimi zaczął cynicznie POGRYWAĆ. Gdy instytucjonalne, nadprogramowe "obrywy", zaczęły przypadać tylko tym grzecznym i "po linii". Gdy okazało się, że już nie mogą brykać na lagunę biznes klasą. Gdy się zorientowali, że tylko wtedy są przydatni instytucji, jeśli potwierdzają i utrwalają stereotyp obrazu sztuki zadany im odgórnie. Ale wcześniej, choć znali zakłamane statystyki maskujące stan faktycznej partycypacji społecznej w pompowanym PR-em picu "INSTYTUCJI OTWARTEJ", siedzieli cicho, trzymając dotąd w zanadrzu te dane, aż będzie można ich użyć jak haka na INSTYTUCJĘ, w odwecie za mobbing jej pryncypała.

Kuratorskie CSW Leaks nagle ujawniło wiele wypaczających mocy instytucji sztuki, ale przy okazji, odkryło wypaczenie bazowe: TO właśnie INSTYTUCJA SZTUKI  I JEJ MOŻLIWOŚCI WIZERUNKOWE, RELACYJNE I BUDŻETOWE PRZESZACOWUJĄ FAKTYCZNĄ WARTOŚĆ JEDNOSTEK NA PŁATNEJ POSADZIE w tym KURATORA i, oczywiście, dyrektora. Potwierdzeniem tej prostej prawdy jest fakt, że żadna z kuratorskich, instytucjonalnych gwiazd , tak pono oddanych swej pasji, nie zaistniała poza instytucją. Żadna z nich nawet przymuszana okolicznościami, jakoś nie poważyła się na prowadzenie własnej galerii. Więc żeby nie wiem jak zaklinać rzeczywistość, żeby nie wiem jak wychwalać walory delikwenta NA POSADZIE INSTYTUCJI SZTUKI, i tak niczego nie dowiemy się o jego wartości bez tej posady. Uświadomił to nam  lichy dyrektor Cavalucci, gdy zwolnił nietykalną wcześniej Miladę Ślizińską. Wielu się o nią wówczas upominało, ale jakoś nikt w końcu nie zgłosił. Takoż Ślizińska własnej galerii do dzisiaj nie ma, podobnie jak nie ma jej np. Rottenberg. Ale za to obie panie znalazły się na posadach bidnej, ale publicznej ASP. Wespół z exgalerzystą Banasiakiem, zresztą. Ex, bo kolejnej prywatnej Banasiak gallery, też już chyba nie będzie, zwłaszcza po tym, jak mu w ostatnim Szumie, uczeń Cavalucciego, Adam Mazur zrobił wykład o instytucjach. Mazur nie musiał się trudzić objaśnianiem. Wystarczy policzyć ilość całostronicowych reklam publicznych  instytucji sztuki w jego jeszcze raczkującym piśmie, następnie porównać z ilością reklam w innych pismach wychodzących latami, a będzie aż nadto jasne, kto tu, k...a, naprawdę rządzi.

*zob. starsze posty na stronie artxl.galeria browarna pt. Sukces polskich kuratorów i Fabio sbocciato.

1 mar 2014

Przekręt Żmijki lewym gwintem


No i po rewolucji. A miało być tak obiektywnie i konserwatywnie. Nawet salonowo miało być. Miała być rozprawa z paradygmatem, miał być wielki come back plastyki, a nawet jej frontalny atak na awangardowe pozycje. Kombo kuratorskie z MSN, Ronduda z Cichockim, tak się pono wybałuszyło do tego "Co widać" w opłotkach polskiej sztuki, że zaczynam się poważnie zastanawiać, czy -przypadkiem- ich diety i delegacje w tym celu, nie przekroczyły kilkusettysięcznego czynszu na Pańskiej. 
Pono tak się najeździli z Kolbergiem po Kraju, nakwerendowali, nawęszyli, że w końcu ...wzięli co mieli pod ręką i co od zawsze zalega na kupie w "artystycznych" magazynach Emilii. Od A do Żet. Znaczy się, może i początkowo CHCIELI zmajstrować jakąsiś rewolucję, ale -się okazało- że MOGLI zmajstrować tylko to, co szczerze LUBIĄ. Nie ich wina, że lubią ciagle to samo, a co żeńskie duo z hiphopowego rapu Cipedrapskuad, Marysia Toboła i Dominika Olszowy, zawarło w refrenie "lubię gówno, lubię gówno, lubię gówno", z ich topowej pieśni, cytuję: "Pierdzę na chleb" ...

Nazwa zobowiązuje, więc reprezentacyjny SALON MSN, urządzony przez Ron-/Cicho-, jak zwykle zajmuje: Matołek, Starzyzna i Nieporadność. Pseudodywany i cepeliada Uklańskiego, pod zomokredensem Axelrad, przy obrazach rozpaczy Ołowskiej. Zamiast lampy, z sufitu zwisa ...sprzęt do udrożniania rur, popularnie zwany żmijką, "autorstwa" Mirosława Bałki. Aż się dziwię, że bez abażura z Buchenwaldu. Przy takim dictum, fraza wyjaśnienia CDS ("lubię gówno") nie wystarcza. Zerkam więc do hasła Bałka w przewodniku po wystawie na stronach MSN, gdzie czytam: "Prace Bałki pozostają w ścisłej relacji z fizycznymi wymiarami artysty i śladami ciała". Obok zdjęcie żmijki z podpisem: "sprężyna 560cm". Zastanawiam się, czyją sprężyną są te podpisy (może gościnnie kogoś z MOCAK-u), ale w istocie, nie przypuszczałbym, że artysta ten JUŻ JEST AŻ TAK WIELKI (560 cm!). Zgodnie z instrukcją MSN, okiem i nosem poszukałem śladów ciała Bałki na żmijce, ale na szczęście jakiejkolwiek bioobecności nie stwierdziłem. Prawdę powiedziawszy, czasu na badanie nie miałem zbyt wiele, bo stalowy wąż, uruchamiany silnikiem z sufitu, co kawałek zaczynał wić się w konwulsjach, grożąc zaczepną końcówką. Strach pomyśleć, ale gdyby ten metalowy pejcz podzielił los jednego z "obrotowców" Duchampa i rozbujał się na cały zycher, Emilia byłaby świadkiem trzeciej, po Smoleńsku i Majdanie, tragedii nowoczesnej Europy. Umówmy się, jakaś tam tragedia plastyki, to przy niej -doprawdy- jest pikuś.


 Mirosław Bałka, Być, 2014  silnik, stalowa sprężyna, 560 cm

W ogóle widać z tego "CO WIDAĆ", że karierę robią tam wszelkie porąbane proporcje: artysta zbyt światowy na własny gorset, talent za mikry na jego sławę, tupet nieuzasadniony faktami, możliwości za wątłe do słów, chęci za rozległe do możliwości etc. Kiedyś, w ZUJ-u ładnie obrazował to Adam Garnek, swymi maszynami konstruowanymi na wyrost ich zastosowań, bytami ponad potoczną użyteczność. Na obecnej wystawie jest tylko jego nieudana podróbka, czyli Daniel Rycharski i jego prace. Naiwny ogródek agrozłomu w żywych kolorkach oraz  biedastreetart w kolorkach martwych i takiejże inwencji. Czarne, toporne sylwetki zwierzaków na ścianach wioskowych obór, pasowane na rewelację wystawy, są -niestety- zwykłą chałą i kompromitacją plastycznych kwalifikacji autora, oraz kichą kompetencji intelektualnych duetu jego mentorów. Jeśli już z tego, jednego przykładu coś WIDAĆ to to, że Ronduda z Cichockim nie mają bladego pojęcia, co jest wartością i sednem zajęcia artystycznego, nie mówiąc o plastycznym. Brzydkie, złe i głupie, antyteza platońskiej triady. FORMA nieudolna, INTENCJA nietrafiona, WYDŹWIĘK humorystyczny. Rycharski, jeśli naprawdę chciał coś estetycznie pożytecznego zrobić dla sąsiadów, to zamiast dodawać do tego kożucha wsi swoje kwiatki z części starego siewnika i brony, pomógłby wyremontować te ich walące się, wiejskie wychodki. Pomógłby im uporządkować bajzel na gumnie. Ostatecznie, jeśli już musi, nie zabraniałbym mu tego, co robi, lecz zostawiłbym na miejscu, jako ciekawostkę. Niestety, przytaszczono to zgrane panopticum do miasta, do centralnego muzeum, i jeszcze jako sztukę!

Podobnie rzecz się ma z obiektami Roberta Kuśmirowskiego. Tę jego całą, zakurzoną rekwizytornię, 30 lat wcześniej, zanim się jeszcze Kuśmirowski sam za nią zabrał i kiwał pół świata, skutecznie zdezawuował Julian Antonisz vel Antoniszczak. Jego wspaniałe „maszyny filmowe”, (antoniszograf fazujący, wykorzystywany przy pracy nad filmami noncamerowymi czy chropograf, mający służyć niewidomym), były piękne przez swoją CELOWOŚĆ. Ich patyna, komplikacje, archiuroda zaistniały "przy okazji", "na boku", w drodze do wypełnienia całości sensem użytecznym. To był AUTENTYK, a nie klamoty "robione" na "dawne", których  Kuśmirowski sam nie odkrył, tylko się w cudzych połapał.

Rodzoną siostrą tego paraarchiwisty, w łapaniu cudzego i orientacji w światowym, jest Paulina Ołowska. Mistrzyni manierowania manier. PRL-owskiego designu, kolorowych pism kobiecych, Stryjeńskiej, plakatów Koleckiego, obrazków Elisabeth Peyton. Błachą wizytówkę "twórczości" Ołowskiej, czyli dziewczynkę w czerwonej sukience, przebija tylko ten jej portret, ugrdulony w monochromatycznej, sasnalowej manierze, wiszący na wystawie w MSN. Sam dawno nie widziałem takiego mariażu wysilonego sosu pozującego na "śmiałą" nowoczesność. I pomyśleć, że ta pani niedawno wykładała nam w MSN podstawy, czyli Alfabet (literki formowane przez tancerzy). Sądząc po jej WIZUALNYCH kompetencjach, za chwilę, na swojej wystawie w Zachęcie, pokaże zapewne Alfabet Braille'a 



od lewej: Julian Antonisz, Robert Kuśmirowski

Za malarstwo wziął się także rzeźbiarz, który przez dwie dekady od dyplomu na ASP, wyrzeźbił chyba tylko tego "gnieciucha", co to stoi na kawalecie w Emilce i jest podpisany jako wspólne dzieło od A do Z i Żet. To Artur Żmijka Żmijewski, zachęcony do malowania przez swoich niewidomych podopiecznych, postanowił zanurzyć się w akwareli. A co! Prawdziwy profesor Walendziak plastyki, wirtuoz na gwizdek. Każda jego pozycja, to dla naszych kuratorów, pewna propozycja. Inni plastycy, będą latami dobijać się do swojego wyrazu, zgłębiać tajniki rzemiosła, tyrać po nocach i umierać z rurą na strychu i nic, a Żmijewski zawsze w glorii, jak jakiś -nie przymierzając- prof. Zin. Czego się nie tknie, to arcydzieło. Parę kartek na krzyż i już na pokaz światowych osiągnięć. Mętna kałuża plamek i zakup do ważnych zbiorów. Kilka linijek lewej socjografomanii, kwitowanej politowaniem socjofachowców, i szefostwo Berliner Biennale gwarantowane. Po prostu artysta pełną gębą, w czubku urodzony (sorry, chyba w czepku). Niech będzie w czepku. Był już dętym księdzem, może być i pielęgniarzem. Ważne, by taca się zgadzała. Jemu. Bo nam już dawno, po takich wystawach jak "Co widać", taca przestała się zgadzać.
 

10 lut 2014

Fals Art



"Co za falstart!" - ekscytuje się w internetowym Obiegu red. Stach Szabłowski: "Najbardziej oczekiwana wystawa sezonu otwiera się już 14 lutego. Czym będziemy się ekscytować przez resztę roku po tak mocnym wejściu? Oto zaskakujący zwrot akcji: Muzeum Sztuki Nowoczesnej porzuca (na chwilę?) progresywne formaty i organizuje wystawę polskiej sztuki. Wystawę totalną. Wystawę narodową. Wystawę, w której bierze udział ponad 70 artystów. Wystawę bez tezy, niedyskursywną, lecz ciążącą ku obiektywizacji obrazu polskiej sceny. Wystawę w konserwatywnej formule salonu. Wystawę, na której mamy zobaczyć, jak jest i „co widać" w polskiej sztuce.
http://obieg.pl/prezentacje/31290 

Zdaje się jednak, że to nie wystawa jest przedwczesna, ale ekscytacja nią, jako nadzwyczajnym ZWROTEM w dotychczasowej strategii Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Wygląda mi to raczej na kolejny, po "Nowej Sztuce Narodowej", wybieg tandemu kuratospryciarzy z MSN, Łukasza Rondudy i Sebastiana Cichockiego, nie bez związku z ciągle niewyjaśnionym, choć międlonym niemal od dekady, statusem tej instytucji.Poprzedni fortel, podobnie jak bieżący, realizowany w ramach autopostulatu MSN, czyli tzw. muzeum otwartego, wobec eskalujących zarzutów z zewnątrz dotyczących MSN jako muzeum ultrahermetycznego (sam strzelałem z trójrurki: Arteon, blog, Gazeta Finansowa) polegał na tym, by OCZY NIEDOWIARKÓW KŁUĆ POSTAWĄ EKUMENICZNĄ, lecz RACHUNKI ZA ZAKUPY DO ZBIORÓW TUDZIEŻ LAURKI, WYSTAWIAĆ PO STAREMU.

O ile jednak ta "otwartość" poprzedniej próby ("Nowa Sztuka Narodowa"), w założeniu inicjatorów, dotyczyła TREŚCI (a właściwie TEMATÓW), o tyle ta teraz ("Co widać.."), sprowadzać się ma do FORMY (a właściwie ŚRODKÓW). Z wywiadu jakiego udzielili Ronduda z Cichockim Stachowi Szabłowskiemu wynika wręcz, że wystawa będzie poruszaniem się po polu kultury wizualnej z ominięciem tradycji awangardowej. Będzie -uwaga- frontalnym ATAKIEM PLASTYKI, a nawet ROZPRAWĄ Z PARADYGMATEM AWANGARDOWYM!!!

Jaka więc będzie wystawa, zobaczymy. Ale za to, jaka jest rozmowa o niej, wiemy już teraz . Nad padającymi w niej deklaracjami kuratorskimi warto się pochylić:

1. Cichocki/Ronduda: "Wystawa ciąży ku obiektywizmowi, a nie jak bywało w naszej dotychczasowej praktyce kuratorskiej, kiedy to przesuwaliśmy punkty ciężkości ze sztuki na jej instytucjonalny wymiar".
- potwierdzają tym samym, że dotychczas, jako kuratorzy, w interesie instytucji, MANIPULOWALI powierzonym im przez artystów materiałem.

2. Cichocki/Ronduda: "Naprawdę zajmowaliśmy się w muzeum głównie AUTOREFLEKSJĄ: Rozwojem instytucji, przyszłością instytucji, strategiami kuratorskimi, SWOIMI PROJEKTAMI, NAWET BEZ UDZIAŁU ARTYSTÓW" (np. wystawa "Warszawa w Budowie"), " Teraz chcemy wystawy dla szerszej publiczności"
- potwierdzają, że w interesie instytucji widz był im zbyteczny, a w końcu niepotrzebny stał się także artysta, który -jak deklarują cudownie nawróceni- jeśli już miał się pojawiać, to jedynie JAKO PRZYPIS"

3. Szabłowski: "Instytucja sztuki chce być: Akademią, kawiarnią, kuźnią myśli, centrum planowania, a oddala się od sztuki".
- Patrz punkt 2. Dodałbym tylko jeszcze: instytucją rozumianą jako CENTRUM DOWODZENIA

4. Cichocki/Ronduda: "Instytucja z niepewną przyszłością gra o przetrwanie"
- I oczywiście "instytucja z niepewna przyszłością" nie zauważyła, że tą swoją PROGRESYWNĄ GRĄ  wyp...ła z pracowni zastępy "artystów PLASTYKÓW z przyszłością niepewną ". Niektórzy szybko dali za wygraną, inni -naiwni-podjęli "grę o przetrwanie", np. PISZĄC. W pracowniach pozostali tylko ci, którzy chętnie WPISALI SIĘ w grę strategii kuratorskich w interesie instytucji, czyli tzw. nowi "Nasi". I to oni zapewne, będą bohaterami wystawy "Co widać". Reszta, po blogach, wystawi -co najwyżej- swoje "Co czytać".

5. Ronduda: "Dziś potrzebujemy większego rozeznania niż w połowie l. 80 XX w., kiedy współczesność definiowana była przez Nową Ekspresję"
- Ponieważ pan Ronduda wie o tamtej rzeczywistości tyle, ile zobaczył z perspektywy becika, podpowiem, że wówczas nie było łatwiej i że tamtej współczesności, bynajmniej nie definiował jeden kierunek. Tylko wtedy, nie wszystkie trendy, jak Nowa Ekspresja, miały szczęście do swojej Rottenberg na etacie instytucji. Podobnie jak dzisiaj do swojego Rondudy na etacie instytucji, szczęście mają trendy niektóre.

 
Obaj kuratorzy sami przyznają, że wprawdzie na wystawie "Co widać": "Nie szukali pokoleniowego manifestu", ale dają do zrozumienia, że gdyby tylko chcieli, "koncentrując się na wybranych wycinkach sztuki", MOGLIBY NA POCZEKANIU GO WYPREPAROWAĆ I WEŃ DĄĆ, ". Ale nie! Obaj nagle zauważyli w tym co robią "DEFICYT JAKOŚCI PLASTYCZNYCH". Zauważyli (podobno), że "PLASTYKA W STANIE TZW. CZYSTYM, ZYSKUJE NA ZNACZENIU. Że podział na progresywnych artystów wizualnych i tradycyjnych artystów plastyków, BYŁ "TYLKO" WALKĄ O BARDZIEJ ŚWIADOMĄ, RACJONALNĄ FORMUŁĘ DZIAŁALNOŚCI ARTYSTYCZNEJ!!!

Idąc tym tropem rozumiem, że panowie Ronduda z Cichockim, przez te wszystkie lata, kiedy siedzieli na etatach w MSN, znacznie wyżej szacowali swoje, racjonalne kompetencje, niż racjonalne kompetencje artystów, których nazwisk próżno szukać na wystawach instytucji na Pańskiej i -oczywiście- w jej jakże bogatych zbiorach! Artystów, którzy przestali być wybitni równo z gwizdkiem powołania tej instytucji, także jako pracodawcy odkrywczego tandemu. Tych, brakujących nazwisk póki co nie wymienię. Poczekam i sprawdzę jak trwała jest ta nagła, walentynkowa miłość obu panów do tradycyjnych uroków "plastycznego". Albo jak chce Stach Szabłowski: na jak długo MSN porzuca swe progresywne formaty?

Jedno jest pewne: wszystkiego można się spodziewać, jeśli się przyjmie sugestię "obiegowego" tercetu, że "Instytucje, potrafią być bardziej radykalne formalnie od artystów". Koniec cytatu.

2 sty 2014

Red. Do.Ja


 

To był świetny rok. Miodzio, rzec by można. Dorota Jarecka po dawnemu zachłystuje się w Wyborczej (z 30 grudnia) dorobkiem 2013 roku w sztukach wizualnych. Nam, niezmiennie, pozostaje zachłystywać się fasonem wybiórczej Red Aktorki i jej dobrą miną do złej gry spalonego teatru na Czerskiej. Spalonego, bo w dzienniku, Sempe Michnik, jakiś czas temu zrobił Jareckiej takiego Mikołajka, że teraz pisze ona tam tylko Gościnnie. Ale po dawnemu, z niezmąconym przekonaniem o swoich kwalifikacjach i jedynie słusznych wyborach. Ilekroć czytam te jej podsumowania, przed oczami staje mi (ładna konstrukcja marszałka Zycha) obraz dawnego sprawozdawcy sportowego, niejakiego Stefana Rzeszota. Znaczy się, poniekąd mi staje, bo obraz jaki stawał przed oczyma komentującego Rzeszota, nigdy nie pokrywał się z obrazem komentowanej imprezy, widocznej na ekranie telewizora. Rzeszot, jak Jarecka, był wspaniałym Red Aktorem i tak samo jak ona, uwielbiał, gdy wygrywała jego drużyna, czyli drużyna jego pracodawcy, dodajmy, drużyna byłego Sojuza. Doszło do tego, że w pędzie do wygranej swoich ulubieńców, nasz wesoły komentator, pełne 45 minut, mylił wysokiego blondyna Olega Błochina, z krępym brunetem Gerdem Muellerem tylko dlatego, że bramki strzelał akurat ten drugi.

Tak więc, dorywczo pisząca teraz Jarecka, jara się wygranymi tych drużyn, które mają czytelne dane na solennych pracodawców w jej branży: MSN, MS i MNW, CSW, MW, etc. 
Np. wg niej, warszawskie MSN jest "wygrane", bo przez rok (koszt kilkunastu baniek) zrobiło JEDNĄ, SWOJĄ, większą wystawę - panoptikum, złożoną -jak wielokrotnie pisałem- z glutów, tekturki i armaturki (Althamera, Budnego, Lucas). Z bajzlu, kasy i Bokassy (Durham, Phinthong, Bałka). Z literek, wałków i głodnych kawałków (Partum, Metzger, Bąkowski). 

Jarecka uważa też za "wygrane" łódzkie MS, które przez rok zmajstrowało JEDNĄ, większą wystawę p.n. "Korespondencje". Za taką kasę zmajstrowało, że jak już ten koń zarżał, to zaraz zdechł. Potem na ul. Ogrodowej było już tylko cicho, pustawo i spokojnie, czyli jak zwykle. Żeby się jakoś doturlać do końca roku budżetowego, MS MuSiało skorzystać z niedrogiego wypełniacza, zawsze na podorędziu, czyli z łódzkiego Wernyhory z wąsikiem i w bereciku z antenką. Skądinąd autora, celnej jak myśl marszałka Zycha, sentencji: Jaka sztuka dziś, taka Polska jutro. Brrr!

Z podobnego założenia wyszła nasza, gazetowa Kassandra, też z wąsikiem, i czujną antenką. Tak, wieszczka, bo nie oszukujmy się, te podsumowania przeszłości służą jak najbardziej przyszłości. Są wskazówką dla urzędnika o umysłowości kibica, który wprawdzie niewiele wie, ale to, że wygranej drużyny się nie zmienia i jakby co, na kogo ma rezerwować przyszłe budżety, to naturalnie tak.

Trochę się zresztą tej strategii WYCHWALANIA BOGATEGO nie dziwię. Wszak podsumowania co roku, szczęśliwie przypadają na okres poświąteczny - kolejne, długie godziny spędzone przed telewizorem i jeszcze dłuższe, wślepiania się w kadry nieśmiertelnego Potopu. Toż to na pamięć można wykuć kmicicowe zdanie, że  JEGO FORTUNA PRZY RADZIWIŁŁOWSKIEJ niechybnie WYROSNĄĆ MOŻE. Głupi by się połapał, a co dopiero cwany.  

Jakby nieco temu na przekór, nie tylko instytucją, ale też bajecznym, INDYWIDUALNYM AWANSEM, red. Jarecka nie jest w stanie ukryć swojego zachwytu. Awansem Adama Szymczyka mianowicie, który z polskim dorobkiem nieudanej wystawy w Domu Kultury w Pułtusku i sprytnej akcji z Galerią Foksal, trafił nagle na najwyższe stołki europejskiego artworldu. A tu, z dyrekturą bazylejskiego Kunsthalle i doświadczeniem kuratorskim Berliner Biennale, będzie szefował kolejnej, słynnej Documenta (2017) w Kassel. Dorota Jarecka tak się tym awansem zachwyciła, że z emocji zapomniała dodać, iż jedną z jego autorek, jest stała wspólniczka Szymczyka z Fundacji Galerii Foksal, kopistka programu i zbiorów jego szwajcarskiej Kunsthalle, Joanna Mytkowska. Niestety, podobnie jak reszta młodocianych jurorów "wybierających" Szymczyka, bujająca się na garnuszkach bogatych i zaprzyjaźnionych instytucji. I kółko się zamyka.
 

    Jury wyłaniające szefa Documenta 14 (2017) dolny rząd od lewej: Kim Hong-hee (Director of Seoul Museum of Art, Seoul, South Korea), Joanna Mytkowska (Dyrektor Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie), Suzanne Cotter (Director The Serralves Museum of Contemporary Art, Porto, Portugal), Koyo Kouoh (Artistic Director of RAW MATERIAL COMPANY, Dakar, Senegal) , rząd górny od lewej: Susanne Gaensheimer (Director of Museum für Moderne Kunst, Frankfurt/Main, Germany), Osvaldo Sánchez (Artistic Director inSite Mexico-City, Mexico), Matthias Mühling (Curator Galerie im Lenbachhaus, München, Germany), Chris Dercon (Director, Tate Modern, London, Great Britain)

10 paź 2013

SZUM i drętwa mowa



"Żeby wydawać dzisiaj magazyn, trzeba mieć na niego pomysł" zapisali we wstępniaku pierwszego numeru magazynu Szum, aż dwaj jego naczelni redaktorzy, Jakub Banasiak i Adam Mazur. I trzeba przyznać, mieli pomysł, i to niejeden. Pierwszy, ze zdublowanym stołkiem naczelnego (wszak co dwie głowy, nawet jeśli łyse, to nie jedna, ale pomysł nienowy, choć zważywszy los podwójnych naczelnych np. Ziomeckiej i Prokopa z Przekroju, dość ryzykowny), a drugi -też już zgrany, ale za to rokujący (Artforum dla uboższych)- z pakowaniem do nieprzytomności całostronicowych reklam, głównie kapiących od logo publicznych płatników sztuki. Zważywszy tempo zmian relacji ilości stron reklam do objętości pisma i zmniejszania gramatury papieru (w pierwszym numerze  na 100 stronach gr.ok.170 pomieszczono 20 stron reklam , w drugim na 130 stronach gr. 90,  reklam 30,) należy założyć, że dziesiąty numer Szumu ze100 stronami reklamowymi, będzie zapewne wydaniem kilkutomowym, drukowanym na bibułce japońskiej...

Poza tym, Banasiak z Mazurem, w magazynie nowym, stare swoje eksploatują pomysły i wbrew podtytułowi Szumu - sztuka polska w rozszerzonym polu, z mocno zawężoną ideą, że niby sztuka polska narodziła się około połowy l.90 ub. w., a najlepiej, jeśli jeszcze później. I to jest OK. Niech każdy ma taką sztukę, na jaką zasługuje. Nie wiem natomiast, o co chodzi naczelnemu duo, kiedy w dalszej części wstępniaka skarży się, że o polskiej sztuce (tej ichniej, ma się rozumieć), która jest tak intrygująca, różnorodna i po prostu bardzo dobra, że o niej tak mało się mówi i pisze (?!) A przecież nie trzeba być jakoś specjalnie rozgarniętym, żeby skonstatować coś wręcz przeciwnego. Publicyści w rodzaju tych dwóch powyżej i inni, w ostatniej dekadzie, na temat młodej polskiej sztuki dostali tak ostrego ataku sraczki krytycznej, a ściślej apologetycznej, że zamiast nowego Szumu, najchętniej zaordynowałbym im stary Stoperan. Zewsząd wylewa się tej młodości do mdłości: całe Zachęty, Zuje i MSN-y zapchane są nią po dach (Spojrzenia, Znaki czasu, Lata walki, Penerstwa), maczkiem zapisany komplet pisemek REDakcji, Obiegów, Notesów Bęc Zmiany, Piktogramów, póły uginają się od grubych opracowań (Nowe zjawiska w sztuce polskiej po 2000 r., wydania 40000 malarzy), stosy katalogów wystaw wielkości albumów, solennych monografii, PR-owskiej paplaniny po ArtBazaarach i Rastrach, dekada mozołu dzienników w rodzaju Gazety Wyborczej etc., radiowe TOK-i, i telewizyjne Hale Odlotów. Dość powiedzieć, że jedna z eksplodujących artystek, rocznik 1977, o których się podobno mało pisze, już po 3 latach tego medialnego "milczenia", chwaliła się na którymś blogu, dwoma setkami usłużnych sobie artykułów.  Dla porównania, gdy niedawno próbowałem skompletować bibliografię malarza, rocznik 1927(60 lat pracy), ledwo wynotowałem kilkanaście pozycji.

Można to wszystko zrozumieć, wszak obaj naczelni chcą nam powiedzieć, jak bardzo są nam razem z ich nowym pismem potrzebni. Można też zrozumieć, że chcąc przekonać, jak bardzo są potrzebni warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdy zapraszają dla picu jej rektora do zredagowania jakiegoś nieistotnego marginesu po to tylko, by ten przypadkiem  nie zauważył, że to Akademia (siedziba redakcji i nagłówek Wydziału ASP, reklamy ich prywatnego wydawnictwa 40 000 malarzy,) POTRZEBNA JEST RACZEJ IM. Mówiąc szczerze rozumiem też, w imię czego i kogo, Banasiak z Mazurem naciągają różne aspekty rzeczywistości polskiej sztuki. Ot, choćby wtedy, gdy szczecińską ASP z ich pupilami (Aleksandrą Ska, Kuskowskim i Skąpskim), windują na parnas rankingu szkół artystycznych, mimo że analogiczny ranking pisma ASP w Krakowie, sytuuje ją na szarym końcu wśród polskich uczelni artystycznych. Jakże inaczej to wygląda w przypadku szczecińskiej Trafostacji (której doskwiera brak pupili redaktorów Szumu). Wtedy, przy użyciu tekstów z błędami ortograficznymi (szybko zresztą poprawionymi w wydaniu internetowym), piórem pani redaktor, która się plinta w zeznaniach, ochoczo obsmarowują tam wystawiających.
Super rozumiem też "rynkowego" redaktora Banasiaka, który po nieudanych próbach rynkowych z galeriami 4A i Kolonie, zajął się kolonizowaniem RYNKU pism A4, w ramach antyrynkowego etatu na ASP. Rozumiem, bo przecież ile można udawać, że się kocha platonicznie coś, co się opłaca tylko symbolicznie?

Co więc o rynku pisze w Szumie red. Banasiak? Dla klarowności podam w punktach z komentarzem:

1. "Sztuka mijała się z rynkiem przez całe lata 90".

Ponieważ w pierwszej połowie tych lat redaktora jeszcze na świecie sztuki nie było, to teraz wie o niej tyle, co mu Gorczyca w Słowniczku Rastra naświetlił. A tymczasem ówczesny rynek nie był ani gorszy ani lepszy od dzisiejszego. Co, zresztą, wynika z wypowiedzi Jarosława Modzelewskiego, którą pan Banasiak sam przytacza, że wówczas "facet z Francji kupował od członków Gruppy po kilka obrazów". Od drugiej połowy l. 80 rynek sztuki też jakoś się kręcił, bo przecież polskie kolekcje, choćby i Starmacha, Musiała, Bonarskiego, Kulczyków i in., z samych tylko darowizn nie powstały. Słowem, gdyby wówczas sztuka mijała się z rynkiem jak chce Szum, Dwurnik nie krążyłby koło Zachęty Porszakiem jak -wg relacji Bałki- krążył, a Tarasewicz nadal woziłby kury i obrazki swoim Beatlesem czyli poczciwym wynalazkiem lubelskiej fabryki samochodów.

2. "Polski rynek, nie może doczekać się kompetentnych opracowań naukowych"

Wszystko wskazuje na to, że jeżeli Banasiak tego nie zrobi, to nikt tego nie zrobi. Nie wiem wprawdzie o co konkretnie dzielny redaktor oprze swoje przyszłe opracowanie, oprócz wspomnianego Słowniczka Gorczycy i oka Bazylki z Masie rozumieć, bo inne dane w tym rankingi Sarzyńskiego, autopropagandę Abbey House, relacje Andrzeja Starmacha, książki Jana Michalskiego i dane GUS, red. Banasiak przechowuje tylko w głębokim poważaniu. Jakąś nadzieją pozostaje jeszcze nadaktywny ostatnio ekonoartekspert Mikołaj Iwański, ale i on –jak w końcu redaktor Banasiak konkluduje-  też "właściwie nic nowego nie proponuje".

3. "Kto i według jakich kryteriów ma oceniać, co jest sztuką?".

Ciepło, cieplej, bingo! Oczywiście oceniać póki co będą Banasiak z Mazurem. Dobiorą sobie jeszcze paru asów "rynku" takich jak Gorczyca oraz w przypływie dobroci Plinta, i będą ewaluować do upadłego. Jedyni na rynku nieuwikłani i niezależni.
Najciekawsze jest to, że do naprawy rynku, zawsze, jako pierwsi gotowi rwać się główni macherzy od jego psucia. Aktywni na cudzy koszt, stale wyciągający łapy po nieswoje, nienawidzący uczelnianych etatów, ale oczywiście do czasu dopóki sami na nie nie wlezą albo nie usytuują tam nowych "naszych". Toteż od lat na wszystkich "inicjatywach" Banasiaka, Gorczycy et consortes w kółko czytamy te same notki: "ze środków MKiDN", "ze środków m.st. W-wy, ze środków IAM, ze środków takich i siakich. Banasiakich…

4. "Polskie pole sztuki zachowuje strukturę dualistyczną, której skrajne bieguny wyznaczają: pole ograniczone (awangarda, eksperyment) oraz pole masowe (sztuka mieszczańska, klasyczna)".

Nie trzeba mieć wzroku sokola, żeby dostrzec, że w polskiej sztuce ostatnich 15 lat jest dokładnie odwrotnie: AWANGARDA I EKSPERYMENT SĄ MASOWE, a SZTUKA KLASYCZNA PERYFERYJNA. A można pójść dalej i zauważyć, że teraz tzw. awangarda i eksperyment oprócz tego że masowe, są także mieszczańskie, a tzw. klasyka –eksperymentalna. Przecież jak popatrzeć na mieszczan i mieszczki kręcące się koło awangardy i eksperymentu, którym do masowo produkowanych na tym eksperymencie doktoratów, do kolekcjonowania nobliwych dyrektur, znacznie bliżej niż do cyganerii z jej wstrętem do posiadania, widać to jak na dłoni. Widać też jakim ryzykiem obciążona jest dzisiaj klasyka, rozumiana jako twórcza, utalentowana kontynuacja dorobku przeszłości. Zagoniona w narożnik, jako konserwa i ciemnogród przez tych, którzy dla cudzych nowinek, niewiele mają własnego do stracenia, zwłaszcza własnego talentu.