12 kwi 2018

Jan Dziędziora. Postać milcząca




Jan Dziędziora  Postać pochylona z cyklu Zbity, l.80. 80x60 cm. Fot. Jacek Gładykowski



W piątek, 27 kwietnia o godzinie 17.00 w Galerii Browarna w Łowiczu, nastąpi otwarcie wystawy malarstwa i rysunku Jana Dziędziory (1926-1987). Będzie to druga odsłona kameralnego pokazu dzieł malarza, który miał miejsce w Domu Artysty Plastyka w Warszawie, w grudniu ub. r., uzupełniona o zestaw kilkudziesięciu prac pochodzących ze zbiorów rodziny artysty. Obie wystawy powstały w ścisłej współpracy z żoną Jana Dziędziory - Maryną Tyszkiewicz oraz z Jackiem Gładykowskim oraz Filipem Gładykowskim, którym bardzo dziękuję. Szczególne podziękowania należą się także Katarzynie Kasprzak Stamm i Joannie Stasiak za wiele lat pracy i pamięci o artyście, Jackowi Antoniemu Zielińskiemu - biografowi Arsenału za całokształt starań o należyte miejsce formacji w historii sztuki polskiej, Wiesławowi Kędzierskiemu za refleks i przyjaźń oraz Darkowi Bartoszewskiemu za przywiązanie do mistrza.
Poniżej fragment mojego tekstu, który w całości ukaże się w majowym numerze Arteonu.

Zapraszam w piątek, 27 kwietnia o godzinie 17.00, do siedziby galerii w Łowiczu przy ul. Podrzecznej 17. inf. tel. 691 979 262 

Andrzej Biernacki

   Fragment pracowni Jana Dziędziory. Fot. Jacek Gładykowski



Jan Dziędziora. Postać Milcząca

Do legendy przeszły już opowieści osób odwiedzających warszawską pracownię Artura Nachta-Samborskiego, mocno zawiedzionych faktem, że jedyne co dane im było tam zobaczyć, to odwrocia ustawionych pod ścianami płócien. Ten sam motyw, przewija się  w relacjach odwiedzających pracownię Jana Dziędziory, malarza o pokolenie młodszego od Nachta. Jednakże podobieństwo tych przypadków było tylko częściowe. Dotyczyło unikania krępującej sytuacji, w której ktoś spoza mógłby weryfikować, albo -co gorsza- komentować pośrednie fazy stanu obrazów (inna rzecz, że akurat dla tych obu malarzy, płótna miały fazy wyłącznie pośrednie, więc obaj najchętniej nie pokazywaliby ich wcale). Poza tym ujawniała się fundamentalna różnica: u Dziędziory wiele mówiły same odwrocia. Np. jedno z nich, z wielkim, odręcznie zapisanym grubym duktem spłowiałej czerni na rudym splocie płótna: Jan Dziędziora  Postać milcząca. Wyraz całości, nawet nie oglądając lica, stanowił szczególny typ autoportretu. Nie wizerunku autora, lecz wizerunku jego postawy, którą  dzisiaj, po 31 latach upływających od śmierci artysty, powinniśmy ,,zaktualizować"  jako:
Postać milknąca.
Zresztą, czyni to za nas kierunek, w jakim zmierza sztuka najnowsza. Bez ceregieli dopisuje ciąg dalszy absurdalnej gramatyki stopniowania w dół przymiotnika, który i bez tego jest oczywistym znakiem śladowej obecności (milczący, milknący, niesłyszalny). Kierunku tego nie nadaje tylko obecna, mimowolna promocja antytezy postawy twórców pokolenia tzw. Arsenału, do którego Dziędziora należał (m.in. z Jackiem Sienickim, Barbarą Jonscher, Jackiem Sempolińskim). Wszak antyteza to rodzaj nawiązania do tezy. Tymczasem tu chodzi raczej o realną groźbę intencjonalnego unicestwienia, wygumowania, wyłączenia poza nawias kolejnej, istotnej obecności w sztuce, która czyni dla tej ,,naszej", aktualnej, wyraźny kontekst niekorzystny. Mamy tu do czynienia z -mającą znamiona ostatecznej- porażką etosu wrażliwości i wątpliwości z obuchem trzeźwej organizacji produkcji, podobno artystycznej. Owe 30 lat, interwał raptem jednej generacji z małym okładem, okazuje się wystarczający, by ukazać beznadzieję stanu bezbronności sztuki wobec obezwładniającego instruktażu, jak z twórczości planowanej na wieczność, uczynić pariasa na wieczne nigdy.

Sztuka Dziędziory i reszty arsenałowej diaspory tę bezbronność na teraz, oraz niepewność na zawsze, miała zapisaną w genach swojego mitu. Zwłaszcza przy elephantiasis wyzwań czasu w trójkącie: wojna, holocaust, komunizm. Była oparta o najczulsze rejestry wrażliwości i takich wymagała od krytycznego otoczenia i odbiorców. Z mentalnie identycznym instrumentarium wsparcia, np. Kirkegaarda (,,Ludzie boją się harmonii i uciszenia. Sądzą, że żywe jest to, co niespokojne. Doświadczenie tymczasem uczy, że w spokoju mieszka życie. Tylko człowiek skupiony i uciszony jest żywy aż do dna"). A choćby i Cybisa (,,Żadne zmyślenie nie zastąpi tej niesłychanej, niezgłębionej i zawsze żywej sprawy, jaką jest proste namalowanie zwykłej rzeczy").  W warunkach zaciskającej sie pętli mało poetyckich wyzwań okoliczności, takie odwody stanowiły wówczas wątłe, ale jedyne gwarancje trwania przy swoim.

Do tego, trzeba się było też uporać z niemożliwym, czyli odpowiedzieć na kilka podstawowych pytań: jak korzystać z pełni właściwości środków malarstwa, jeśli etyczny zakres obszaru rozstrzyganych zagadnień zakłada odrzucenie większości osiąganych nimi ,,uroków"? Jak forsować ten obszar jako wiodący, mając za jedyne argumenty pospieszne kursy codzienności lub niecodzienne przykłady nazbyt odległych wzorców? Jak hołubić swe racje wiedząc, że jedynym argumentem ,,za", jest pozostawanie w dramatycznej mniejszości do ogółu nieprzekonanych? Jak fechtować argumentami u zarania drogi, gdy całe życie pracy nad nimi nie gwarantuje wyposażenia w dostateczne moce perswazji u schyłku?
Naturalnie, zawsze można było przeć do przodu, bez rozstrzygania tych kwestii, jak to się robi np. dzisiaj, hurtowo. Można było próbować wciskać łatwą bezczelność jako twórcze ryzyko, albo kropić taśmowo ilustracyjki obowiązującej propagandy, dysponującej rozdzielnikiem szans i dóbr przydatnych do zaspokajania bieżących standardów ruchu w interesie.  Albo też miotać się z pasją, acz bez interesu. Jan Dziędziora, jak wszyscy wówczas, a właściwie jak wszyscy w każdym czasie, miał z tym poważny zgryz... 
(ciąg dalszy w majowym numerze Arteonu)








Jan Dziędziora  Postać pochylona z cyklu Zbity, węgiel/pap. l.80. 80x60 cm., Postać milcząca II, ol./pł. 120x80 cm, Postać, l.80. węgiel/pap. 80x60 cm. Fot. Jacek Gładykowski

19 mar 2018

Dekada (p)artyzantki The Krasnals









W przestrzeniach galerii nowosądeckiego BWA Sokół, od 9 marca b.r. trwa wystawa części dorobku malarskiego najgłośniejszej, polskiej formacji artystycznej ostatniego dziesięciolecia, grupy The Krasnals. Dokładną datą zawiązania grupy jest Prima Aprilis roku 2008, po -mniej więcej- rocznej wówczas aktywności późniejszych jej członków, na pro mainstreamowym blogu Jakuba Banasiaka pn. Krytykant.pl. Ponieważ głos Krasnalsów na platformie Krytykanta wydatnie wspierał antysystemowy kierunek mojej tam aktywności (od r. 2006, sam starałem się poskramiać ambicje środowisk przejmujących budżety publicznych instytucji sztuki i deformujących mechanizmy zdrowego jej obiegu ), pochlebiam sobie, że w decyzji powołania do życia i aktywności formacji The Krasnals, tkwi także cząstka mojej inspiracji. 
Poniżej udostępniam tekst, który ukazał się w katalogu wystawy The Krasnals w Nowym Sączu (trwającej do 24.04.2018 r.).



Comic strips.pl

Nie ulega wątpliwości, że do powstania dzieł anonimowej grupy The Krasnals, a nawet do powstania samej grupy nigdy by nie doszło, gdyby miały o tym decydować wyłącznie przesłanki natury artystycznej. Owszem, olejne obrazki na płótnach, główne medium po które sięgają Krasnalsi, sytuują ich w obszarze tradycyjnie zarezerwowanym dla wypowiedzi plastycznej, ale jest jasne, zwłaszcza dzisiaj, po 10 latach istotnej obecności formacji,  że wymowę i siłę rażenia plastyki dzieł, konstytuują tkwiące u ich podstaw, ,,społeczne" powody.
Faktem jest, że w tym przypadku owe powody -w większości - odnoszą się do zasad funkcjonowania kultury i jej, nieledwie szemranego otoczenia. Jak powiedzieliby The Krasnals, do krytyki lumpenkultury, czyli swojskiej odmiany światowego fasonu uczestnictwa w grze, w której nie trzeba już się wysilać, a najzupełniej wystarczy odpowiednia doza tupetu. Gdzie wszystko uchodzi pod warunkiem ZAAKCEPTOWANIA ZASAD PRZYNALEŻNOŚCI oraz wyznaczonego miejsca w szeregu. Słowem: tam, gdzie pułap twórczych aspiracji wyznacza marzenie o własnej, choćby najmniejszej roli w wypasionej strukturze high permissive society globalnego targowiska sztuki.
Ok. roku 2007, a więc w czasie gdy wśród pomysłodawców The Krasnals kiełkowała myśl zawiązania kolektywu, gwiazdą kilku artystycznych sezonów był Wilhelm Sasnal. Polska ikona tyleż ekspresowej, co wątpliwej kariery w sztuce. Niejasnej, zarówno w kwestii oceny budujących ją walorów malarskich, jak i  w planie wybitnie enigmatycznej proweniencji nagłego nią olśnienia i hurtowego zapotrzebowania. To właśnie ten nadeksponowany i nadrozpoznawalny brand tarnowianina, stał za bezpośrednim impulsem użycia licencji Sasnal/Krasnal, z wytwornym, anglosaskim The, przy pociesznej conduity miejscowego gnoma. Nowy koncept takiego nagłówka doskonale anonsował z gruntu neodadaistyczny projekt  grupy, a więc mającą rychło nastąpić rewolucję sarkastyczną jej obrazów. Bardziej związany z etymologią OBRAZY, niż OBRAZU. Ich odbiorca, zgodnie z intencją autorską, w reakcji bynajmniej nie powinien cmokać ze znawstwem, lecz wgapiać się, niczym w klozetowe inskrypcje. Dokładnie jak tam: z dezaprobatą, choć z namolnej konieczności.




 Erystyka obrazkowa,
Stawiając na publicystyczny wariant interwencji, The Krasnals z jednej strony przedrzeźniali metodę Sasnala, by ją postponować jako typowe działanie na receptę, wystawianą w światowych centrach dystrybucji prestiżu,  z drugiej zaś jako rodzaj strategii wybitnie im na rękę. Wszak nie szło tu o ściganie się ze swoim alter ego ,,w subtelnościach warsztatu", tylko o demaskatorską moc i piorunujący efekt. Przy tym gra Krasnalsów zawsze była i nadal jest toczona w podwójnym przebraniu: jeśli w przestrzeni publicznej, to w czarnych kominiarkach z kagańcem, a gdy w pracowni, to w białym kitlu malarza. Chodzi w tym o umiejętne prowadzenie sporu, polegającego na zwalczaniu adwersarza jego argumentami, a nie na epatowaniu umiejętnościami -de facto- second hand. Z tego też powodu, za kompletne nieporozumienie należy uznać ambicje niektórych krytyków grupy -zazwyczaj będących chronicznymi heroldami faryzejskiego systemu kolportowania ,,naszości", nagle rwących się do demaskowania warsztatowej niedoskonałości rzemiosła  The Krasnals. Tych samych zresztą miłośników poprawności, którzy wobec ,,swoich", nie raz wykazywali zasadniczy ,,brak rygoru w kwestii wartości". No, i pewnie w kwestii elementarnej logiki, bo wytykanie braków formalnych programowym prześmiewcom takich braków, niechybnie musi być naznaczone piętnem (bez)krytycznej aberracji, albo ...taktyki na zamówienie.



W międzyczasie, Krasnalsi zaczęli szczególnie eksponować to, co -jak szybko odkryli- najbardziej pociąga w przejawach sztuki nie sięgającej poziomu estetycznych i intelektualnych elit. Wszak odpowiedź nie była skomplikowana. Tym czymś jest oczywiście

wulgarność,
której normalnie, przeciętnie kulturalnemu osobnikowi zabrania poczucie przyzwoitości, wychowanie i kodeks obyczajowy. To przecież stąd bierze się satysfakcja, a nawet euforia, gdy nagle nie trzeba niczego udawać, a w wykwintnych świątyniach smaku, ot, choćby w oficjalnych galeriach sztuki, ludzie mogą zaspokajać swoje tajemne, często tłumione, albo wręcz nieuświadomione i tym potężniejsze upodobania. Sztuki często przy tym nie ma, ale zabawa bywa przednia. Tkwiące w niej rezerwy szybko zaanektowali Krasnalsi, nierzadko przeciągając strunę ryzyka celności swej perswazji do granicy skandalu. Jeśli nie mogą, bo już bardziej docisnąć pedału argumentów estetycznych się nie da, włączają słowne amplifikatory w komiksowych chmurkach, z całym arsenałem rynsztokowego savoir-vivre'u. Rezerwy wydają się niewyczerpane, podobnie jak dorobek gatunku, gdy zdamy sobie sprawę, że takie opowiadania obrazkowe, mają w historii sztuki całkiem poważną tradycję. Wszak już egipscy faraonowie i rzymscy cesarze zlecali rzeźbić dzieje swych tryumfów na kolumnach. Stacje Męki Pańskiej i średniowieczna hagiografia także jakoś należy do tej kategorii. Komiksem in extenso jest wreszcie słynna tkanina z Bayeux, na której wśród scen bitewnych wyhaftowano słowa, które tłumaczą co się tam dzieje. Oczywiście tłumaczą po myśli tłumaczącego.
W bliższych nam stuleciach historyjki obrazkowe zawsze miały jakiś cel praktyczny -obyczajowy czy polityczny- były czymś na kształt plakatu propagandowego, ale jednocześnie -przyznajmy- zdradzały autorstwo artystów o wybrednym guście. Dziś ten ostatni element, jak potrzeba, także przepada w służbie skuteczności przekazu (vide New Yorker). I, jak niektóre lekarstwa: czyniąc spustoszenia w smaku, aprowizuje nieznane wcześniej, a teraz arcyaktualne głody.

Andrzej Biernacki luty 2018 

30 sty 2018

Prace Stefana Krygiera w Filharmonii Szczecińskiej




 Filharmonia Szczecińska, Stefan Krygier II Ośrodek Kondensacji Formy (1971), fragment aranżacji w przestrzeni hallu.


W ubiegłym roku 2017, nazwanym Rokiem Awangardy, Filharmonia Szczecińska im. Mieczysława Karłowicza, udostępniła swe przestrzenie pracom jednego z najciekawszych kontynuatorów łódzkiej tradycji awangardy w Polsce powojennej, Stefana Krygiera (1923-1997).

Jako, że skromny udział w formułowaniu idei tego wydarzenia miała łowicka Galeria Browarna, (gdzie, przypomnijmy, również wystawiane były obiekty autorstwa tego artysty w 2011 r.), tym chętniej podkreślam wagę szczecińskiej prezentacji dzieł Krygiera. Chociaż, rewelacyjny kształt wystawy w filharmonii, do pełnego wybrzmienia zdecydowanie nie potrzebował żadnych, dodatkowych okoliczności. Była to bowiem, jedna z najlepszych prezentacji Roku Awangardy, i to -jak sądzę- nie tylko spoza instytucjonalnej proweniencji.

Monika Krygier, córka artysty, profesor łódzkiej ASP, wraz z Włodzimierzem Pietrzykiem, artystą fotografem, i z pomocą dr Elżbiety Andrysiak-Mamos oraz dyrekcji i pracowników filharmonii, idealnie wpisali dzieło Stefana Krygiera w przestrzeń szczecińskiego obiektu. Najbardziej efektownie prezentował się II Ośrodek Kondensacji Formy (1971) w rozległy hallu filharmonii, ale i przestrzeń Galerii 4 Piętro, prowadzonej przez Kamilę Sędzicką, z III OKF i małą retrospektywą dzieł Krygiera, sięgającą lat 50, była rewelacyjna. 

Poniżej prezentujemy wybór fotografii z tego wydarzenia (autorstwa i dzięki uprzejmości Włodzimierza Pietrzyka). 





Nagroda im. Cybisa za 2017 r. dla Włodzimierza Pawlaka




 Włodzimierz Pawlak Powrót do Lascaux, 125x160 cm, ol/pł. wł. autora


Włodzimierz Pawlak (ur. 1957), malarz, teoretyk sztuki, poeta, postać zdecydowanie ponadnormatywna na gruncie współczesnej sztuki polskiej, a do tego artysta Galerii Browarna, otrzymał prestiżowy prezent na swoje 60 urodziny, Nagrodę im. Jana Cybisa za 2017 r.

Wyróżnienie to, przyznawane jest przez Okręg Warszawski Związku Polskich Artystów Plastyków za całokształt twórczości malarskiej. Ustanowiono je w 1973 r. na cześć jednego z najwybitniejszych malarzy polskich, kolorysty, członka tzw. Komitetu Paryskiego i profesora Akademii sztuk Pięknych w Warszawie, który zapoczątkował działalność Związku po II wojnie światowej. Kolejnych uhonorowanych corocznie nominuje i nagradza kapituła złożona z dotychczasowych laureatów. Wśród nich znaleźli się najwybitniejsi przedstawiciele powojennego malarstwa tacy jak m.in.: nauczyciel Pawlaka z warszawskiej ASP, Rajmund Ziemski(laureat 1979), Tadeusz Dominik(1973), Jan Dziędziora (1975), Stefan Gierowski(1980), Jerzy Nowosielski(1988), ale także inni artyści, kilkukrotnie wystawiający w Galerii Browarna: Jacek Sempoliński(laureat z 1977, Barbara Jonscher(1981), Jacek Sienicki(1983). Gratulacje dla artysty z Korytowa.


 Włodzimierz Pawlak Powrót do Lascaux, 135x190cm, 2011 r.


Włodzimierz Pawlak Tablica dydaktyczna wg Gombrowicza ąę, fragment, 125x190cm, 2007-2009 r.



Włodzimierz Pawlak od lewej Notatka o sztuce nr 4/IX, 24x33cm, ol./pł. 2011 r; Notatka o sztuce nr 269, 24x33cm ol./pł. l. 2003-2014.

29 paź 2017

Full Harmonia c.d.



    Link do wywiadu z Andrzejem Biernackim  https://vimeo.com/245788775

18. października 2017, godz. 19.00 Otwarcie wystawy Andrzeja Biernackiego w Galerii 4 Piętro Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie: od lewej dr Elżbieta Mamos (autorka idei wystawy w tym miejscu, AB, dyrektorka Filharmonii Dorota Serwa, profilem Kamila Sędzicka, koordynatorka i kuratorka ekspozycji.

Żeby nie było, że w Filharmonii Szczecińskiej wiszą tylko cztery czerwone na krzyż obrazki, powtarzające się w materiałach promocyjnych (chociaż dla mnie mogły by być tam tylko one), poniżej zamieszczam większe spektrum.



 od lewej: Zmacerowany, ol./pł. 130x97cm, Anonimowy ol./pł. 70x60cm, Pochylony ol./pł.110x85cm



 Andrzej Biernacki  Znak, węgiel./pł. 160x130cm, 2017





Tryptyk żółty, od lewej ol./pł. 160x130cm, ol./pł.130x97cm, ol./pł.160x130cm





Andrzej Biernacki, rysunki węg./pap. 3 x 100x70cm




 ol./pł. 3x160x130cm,





 ol./pł. 3x160x130cm,


10 paź 2017

Full Harmonia. Malarstwo Andrzeja Biernackiego w Filharmonii Szczecińskiej




W środę, 18 października 2017 r. o godz. 19.00 w  Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie - Galeria Poziom 4, nastąpiło otwarcie wystawy malarstwa Andrzeja Biernackiego.



 Rozkładówka okładki katalogu wystawy Full Harmonia


Zapraszam z satysfakcją i tremą, bo bezpośrednie mierzenie się z tej skali i klasy obiektem, uznanym za najlepszy w Polsce (w plebiscycie BRYŁA ROKU 2014) i za najlepszy w Europie(główna nagroda Unii Europejskiej im. Mies van der Rohe 2015. Projekt hiszpańskiej pracowni Estudio Barozzi Veiga we współpracy ze Studio A4, pokonał 420 innych obiektów z 36 krajów europejskich. W finałowej piątce prócz gmachu ze Szczecina znalazły się budynki z Wielkiej Brytanii, Danii, Niemiec i Włoch.), dla malarza jest przedsięwzięciem niezwykle pociągającym choć mocno ryzykownym. Teoretycznie, rozległe, białe przestrzenie wnętrz filharmonii, samopodstawiajace się jako tło, powinny grać na korzyść dowolnej treści wypełnienia, ale w praktyce bywa różnie. Ryzyko rośnie, gdy kanwę propozycji dodatkowo tam prezentowanej, stanowi czynnik estetyczny.





Full Harmonia, jako parafraza nazwy Filharmonia, a także jako tytuł wystawy malarstwa, stanowi oczywistą aluzję zarówno do nietypowego charakteru miejsca jej prezentacji, ale też do intencji autora, dla którego harmonijne komponowanie wizualnego wyrazu prac niemal wyłącznie z repertuaru środków przynależnych uprawianej dziedzinie, jest podstawą i celem wypowiedzi.
A więc: pełna harmonia, lub pełnia harmonii ...efektów malarstwa.
Oddająca wolę świadomego operowania potencjałem środków warsztatu malarza i rozgrywania twórczości tylko nim. Bez wtrętów i wątpliwych podpórek z innych dziedzin społecznej perswazji (żeby nie powiedzieć społecznej inżynierii), w których -na szczęście- malarz jest zawsze amatorem. Także, w zdecydowanej kontrze do aktualnych tendencji redukowania plastycznych kompetencji, na rzecz jakichś, bliżej niesprecyzowanych, pozaartystycznych powinności twórcy. A zwłaszcza w kontrze do modnej w tzw. dziedzinach kreatywnych, ambicji ,,naprawiania" człowieka, albo prób programowego ,,społecznego zastosowania sztuki" w omnidomenie życia, w której kwalifikacje artysty i możliwości sprawcze jego dzieła zwykle są przeszacowane.





A zatem powrót do źródeł. Pod prąd. W nadziei znalezienia nowego rozwiązania dla starego zadania. Takiego zmierzenia się z tysiącami lat sprawdzonego dorobku w zakresie plastycznych dyspozycji człowieka, żeby dało się w nim jeszcze wygospodarować enklawę wolności ,,dla siebie" i ,,swojego" przekazu na dziś. Najłatwiej -rzecz jasna- jest odrzucać ten spadek. Ale wrażliwości, która jest bardziej zachowawcza niż myśl, nie da się omamić wydziedziczonym z tradycji byle poświstem mrzonki nowoczesności. Zawsze straci na tym wiarygodność - fundamentalna instancja dzieła. Każdego dzieła.






Poliptyk czerwony ol./pł. 4 x 160x130cm, 2017, fragment ekspozycji w FS.


Andrzej Biernacki ur. 1958 w Łowiczu.
W l. 1980-85, studiował na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, w Pracowni Malarstwa prof. Jacka Sienickiego. Dyplom z wyróżnieniem w 1985 r. W l. 1985-88, asystent prof. Sienickiego w macierzystej Pracowni, a następnie w l. 1989-91prowadzi Pracownię Rysunku na Wydz. Rzeźby ASP w Warszawie. Zajmuje się także publicystyką i krytyką sztuki publikując m.in. w ,,Arteonie", ,,Arttaku", Rzeczpospolitej, Gazecie Finansowej i in. Jest autorem kilkuset artykułów prasowych, kilkudziesięciu tekstów i opracowań katalogów o sztuce, oraz kilku książek, m.in. ,,Ryzyko umiaru"(o sztuce Artura Nacht Samborskiego) i Mazowieckie Siedziby Józefa Chełmońskiego.
Jako malarz prezentował swe prace na kilkudziesięciu wystawach indywidualnych:
1985 - Stara Kordegarda w Warszawie,
1986 - ASP w Warszawie
1988 - Bahnhof Westend w Berlinie Zach. i Galerii Art w Warszawie
1989 - Galeria Wuthrich/Nielson w szwajcarskim Thun
1990 - Galerie Espace Temps w Paryżu i Galerie im Hof w Essen
1991 - Muzeum w Łowiczu i w BWA w Zamościu
1992 - Galeria Zapiecek w Warszawie
1993 - Galerie Kalenborn w Essen
1994 - Galerie Wuthrich/Nielson w Thun
1997 - Galeria Zapiecek w Warszawie
1998 - Galerie Wild we Frankfurcie n. Menem
2004 - Galeria Bema65 w Warszawie
2005 - Galeria Browarna w Łowiczu
2008 - Muzeum w Nieborowie
2009 - BWA w Kaliszu
2012 - Galeria Browarna w Łowiczu
2015 - Mała Galeria w Nowym Sączu
i na wielu wystawach zbiorowych: w Warszawie, Berlinie, Ostendzie, Grevenbroich, Hamm, Art Basel'89, Art Strasburg'96, Art Frankfurt'99.

27 wrz 2017

Jako Architekt Urodziłem się W Łowiczu - St. Noakowski (1867-1928)





Plakaty wystawy w Galerii Browarna.


,,Jako Architekt urodziłem się w Łowiczu - Stanisław Noakowski (1867-1928)" - to tytuł wystawy w roku jubileuszu Jego 150 rocznicy urodzin, której otwarcie nastąpi w nadchodzącą sobotę, 30 września o godz. 17.00, w Galerii Browarna w Łowiczu, przy ul. Podrzecznej 17. Trzonem wystawy będą oryginalne rysunki artysty na papierze (własność Muzeum Mazowieckiego w Płocku), a także dokumentacja fot. (nieistniejących w oryginale) kilkudziesięciu rysunków Noakowskiego wykonywanych kredą na tablicy w trakcie wykładów na Politechnice Warszawskiej (l.20 XX w.). Pokazany zostanie także pewien, niepublikowany od 1924 r. projekt artysty, do zastosowania choćby i dzisiaj. ,,Dowody" związków Noakowskiego z Łowiczem, zaprezentuje i omówi Marek Wojtylak, szef miejscowego Oddziału Archiwum Państwowego w Warszawie. 

od lewej: Stanisław Noakowski Sala pałacowa z lustrem, akwarela/papier 355x290 mm, wł. Muzeum Mazowieckie w Płocku; z prawej: Rysunki kredą na tablicy wykonywane w trakcie wykładów na Wydz. Arch. Politechniki Warszawskiej, fot. ze zbiorów Czesława Olszewskiego, wł. rep. Muzeum w Łowiczu


Wystawę otworzy prof. Andrzej K. Olszewski, wybitny badacz i historyk sztuki, będący strażnikiem pamięci o Noakowskim, syn prof. PW Czesława Olszewskiego, niezwykle zasłużonego dla utrwalania dzieła genialnego rysownika i architekta. 
Partnerami Galerii Browarna współpracującymi przy organizacji wystawy, są niemal wszystkie, łowickie instytucje kultury: wspomniane Archiwum Państwowe w Warszawie O. w Łowiczu, Łowicki Ośrodek Kultury (wsparcie pokazu dotacją w ramach programu Małe Granty), Muzeum w Łowiczu, oraz Muzeum Mazowieckie w Płocku. Na wernisażu, ze specjalnie przygotowanym na tę okazję programem (m.in. utwory baroku polskiego - ulubionego przez Noakowskiego okresu w polskiej architekturze) wystąpi Łowicka Orkiestra Kameralna. Zapraszamy. Andrzej i Elżbieta Biernaccy, Galeria Browarna

Organizatorzy dziękują wszystkim osobom zaangażowanym w realizację projektu: Andrzejowi, K. Olszewskiemu, Krystynie Suchaneckiej, Maciejowi Malangiewiczowi, Marzenie Kozaneckiej-Zwierz, Markowi Wojtylakowi, Annie Kośmider, Andrzejowi Chmielewskiemu, Bohdanowi Fudale 

inf. tel. 691 979 262; e-mail:galeria.browarna@wp.pl;