6 sie 2012

Jacek Sempoliński Znaki, farby, cyfry



Najnowsza wystawa prof. Jacka Sempolińskiego w Galerii Browarna dokumentuje ostatnie kilka lat twórczej aktywności malarza. Aktywności zdumiewającej, bo na przekór biograficznym oczywistościom (artysta debiutował w połowie l.50), bynajmniej nie opadającej, nie podsumowującej a wręcz wznoszącej się do rzadko osiąganego poziomu. Znaczą ją długie serie prac, w których, mimo bardzo konkretnych tytułów, znajdziemy jak najmniej śladów ich ilustracji, za to jak najwięcej samych śladów: gwałtownych i ściszonych, znaków uproszczonych, czerwono-niebieskich dwudźwięków farby. "Krew utajona", "Ręce Trifonowa", "Cyfry arabskie", "Narożnik", "Litery żydowskie", "Litery łacińskie" - cykle prac, pokazywane niedawno na wystawie w Łodzi (Ręka farbiarza), choć -wydawało się- już wtedy sprowadzone do elementarnych, malarskich gestów, przez następne miesiące poddane zostały dalszym uproszczeniom, by w kolejnych grupach zatytułowanych  "Pod spodem", "Zatarte", "Farby akrylowe stężone" czy "Ja", osiągnąć apogeum prostoty malarskiego wyrazu. Pomimo takiej ascezy środków, sprowadzającej się czasem do kilkucentymetrowego duktu czarno-niebieskiej krechy, cały czas widzimy w tym rękę MALARZA a nie -jak nam sufluje sam autor -FARBIARZA. Nie ma w tym znakowaniu nic z automatu, "z metra". Nawet fragmenty "pod linijkę" w sąsiedztwie chwiejących się inskrypcji, nabierają wyrazu obnażonego, plastycznego rudymentu.

Otwarcie wystawy prof. Jacka Sempolińskiego w siedzibie Galerii Browarna w Łowiczu przy ul. Podrzecznej 17 w piątek, 10 sierpnia o godzinie 17.00. 

Poniżej tekst Andrzeja Biernackiego o Jacku Sempolińskim z katalogu wystawy (publikowany także w piśmie Arttak).


Procent od kontemplacji

W jednym ze swych pism, Jacek Sempoliński przytacza opowieść o tym, jak to Beethoven, miłośnik skrzypiec, komponując swoje ostatnie kwartety, stworzył skrzypkom takie trudności, że osłupiły one instrumentalistów. Kiedy któryś poskarżył się, że wygranie tych nut jest niemożliwością, kompozytor ryknął: Ja mam w dupie wasze skrzypce.
Powody przytoczenia tej anegdoty można różnie rozumieć, ale mam nieśmiałe podejrzenie, że posługując się zawartą w niej „subtelnością” wiedeńskiego klasyka, malarz chciał wyrównać pewne rachunki z własnego podwórka. Po prostu, w sposób opisowy poinformował, że i on nie zamierza swą sztuką niczego i nikomu ułatwiać. Chociaż byłoby co, bo u Sempolińskiego oczywistych trudności przed jakimi stawia odbiorcę, a także siebie jako wykonawcę, jest niemało: obrazy –podobno- wywiedzione z pilnej obserwacji natury są ostatecznie mało rozpoznawalne, w zamiarze skupione i kontemplacyjne a -w wymiarze użytych środków- krzyczące dramatem malarskiego pobojowiska, w odwołaniach dawne a w efektach współczesne, w intencji budowane a w procesie niszczone, zawsze bezkompromisowe jako czynność a często piękne jako produkt.



 Jacek Sempoliński z cyklu Krew utajona

Przypadek Jacka Sempolińskiego jest wyjątkowo zastanawiający. Niebywała erudycja malarza, wsparta rzadko spotykanym pułapem teoretycznej refleksji i  gruntownym rozeznaniem, od startu powinny stanowić śmiertelne zagrożenie dla jego naturalnego, twórczego instynktu. Zwłaszcza, przy takim, jak w jego malarstwie,  poziomie faworyzowania tego instynktu. Jest w nim jak najdalej od szkiełka, a jak najbliżej oka. Także i on „jest wśród naszych malarzy, malarzem przede wszystkim, tzn. takim, co do swoich rozwiązań, do własnej wizji dochodzi nie poprzez z góry założone spekulacje teoriami i skomplikowane programy, a poprzez pędzel, płótno i czujne oko właśnie.”1  Ale, w ramach takiego podejścia, zapisanego malarskim przekładem tego, co ZOBACZONE, Sempoliński w istotny sposób różni się od innych, naszych malarzy oka, chociażby swoich arsenałowych kolegów – Jacka Sienickiego czy Jana Dziędziory. Osią tej różnicy jest sposób rozumienia malarskiej formy, świadomość jej znaczenia, jako podstawowego problemu sztuki, ale też jej antynomii i zastawianych przez nią zasadzek. Oprócz, od półwiecza ponawianych, prób malarskich, Sempoliński podjął też próbę pisemnego wyjaśnienia jej rozumienia wprost2. Według niego forma zjawia się zasadniczo w dwóch różnych wersjach – jako element kompozycji obrazu, kształt czy zarys(…) oraz jako rzecz szersza i ogólniejsza, czyli zjednoczenie podwójnej pary antynomii: tego, co płaskie i tego, co przestrzenne oraz tego, co materialne i tego, co duchowe. Formą dla niego nie jest sposób rozwiązania takiego czy innego komponentu obrazu, tylko jest nią po prostu cały obraz od krawędzi, wraz z zawartą w nim dwuznacznością.


 Jacek Sempoliński z cyklu Krew utajona

Jest oczywiste, że przy takim podejściu słynne piłowanie natury, będzie dla Sempolińskiego wgryzaniem się w wizerunek konkretnego obiektu, ale w efekcie malarskiego przekładu, będzie też niszczeniem tego wizerunku na rzecz związanego z nim „problemu”, wrzuconego między krawędzie płótna siłą ekspresji tej a nie innej osobowości. Może trafniej będzie powiedzieć, że zamiana istoty wizerunku na rzecz istoty przemiany tworzywa w przestrzeń duchową,  rozgrywana jest całością od krawędzi do krawędzi a nie wrzucona między nie.  Wypływa z tego logiczny wniosek, że antynomiczność ta jest stałą w sztuce –nie może być stara ani nowa, a duch czasu czy osobowość determinują, co najwyżej, wariant jej ujęcia. I wniosek drugi: artysta, dobierając swój zestaw kształtów, atrybutów, symboli, poddając formę duchowi czasu nie posuwa się naprzód, tylko krąży wokół tajemniczego punktu istoty rzeczy.  Zdolność kształtowania wizerunku, w takim kontekście, jest niczym wobec zdolności skupienia właściwości i możliwości życia i świata w jednym momencie i w jednym punkcie. Malarstwo jako produkt przestaje być ważne, a liczy się jako czynność. Właśnie w patrzeniu na rzeczy, na konkret, a potem w samej czynności malowania, Sempoliński upatruje źródła swego rozumienia świata, a nie w rozwiązaniu problemu malarskiego związanego z konkretem. Nawet nie musimy tego zgadywać, wobec jego jasnej deklaracji: Jestem malarzem a nie interesuje mnie problematyka malarska, tę pozostawiam miłośnikom  koneserom. Ja żyję, maluję i na tym koniec. Człowiek malujący, o ile chce zachować siebie, swą kondycję i swą godność, nie może życia pojmować jako czegoś odrębnego od sztuki, nawet jeśli wszystko, co maluje, jest wątłe i niewspółmierne.
                                                                                                     Andrzej Biernacki

1 Jacek Sempoliński o Jacku Sienickim, Sztuka nr 3/1/74
2 Jacek Sempoliński o książce Barbary Majewskiej Sztuka inna sztuka ta sama  w tomie Władztwo i Służba Lublin 2001

45 komentarzy:

  1. Anonimowy14:50:00

    Świetne prace. Brud i destrukcja charakterystyczne dla Sempolińskiego wybiły się na jakąś klarowność pomimo dawnej metody "jak wyjdzie". Niewątpliwie przyjadę zobaczyć ciąg dalszy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Anonimowy06:32:00

    Wolałam dawną metodę gęstej zawiesiny. To teraz niegłupie ale czy nie za łatwe?

    OdpowiedzUsuń
  3. Już nie mogę doczekać się wernisażu. Wiem, że ma być zaprezentowane ponad 100 prac. Ciekawi mnie ich forma prezentacji.

    OdpowiedzUsuń
  4. sorki ale dupa czyli ,,perły przed wieprze,,(ofiarowywać, dawać komuś coś dobrego, szlachetnego, podczas gdy odbiorca nie docenia tego daru lub nie jest jego godzien- wyjaśnienie dla małolatów... ;))
    teraz zbieramy kasę na http://wyborcza.pl/1,75475,12184630,Zbieraja_pieniadze_na__List__Macugi.html
    ----------------------------------------------------------------
    10 sierpnia znowu kasa pójdzie na kawior i wódkę (bez akcyzy),a tu larum grają! ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. To jest właśnie ożena porno z dewocją. Macuga odgrzała stare kotlety w Zachęcie, czyli przytaszczyła swój stary stół ze zgranej gdzie indziej wystawy, potem odgrzała akcję Kantora, następnie odgrzała konflikt zapomnianej pani dyrektor z konserwatywną społecznością i w nagrodę za lojalność musi coś dostać. Osobiście w dupie mam te 150 tysięcy ze zbiórki naiwniaków z TPMSN, ale szkoda mi tych drugich 150 tauzenów z publicznego budżetu.

    OdpowiedzUsuń
  6. Anonimowy03:38:00

    A czy to jedno 150 już tam przewalili?

    OdpowiedzUsuń
  7. Anonimowy19:04:00

    Witam Panie Andrzeju! Wyznam szczerze, że postać Jacka Sempolińskiego i jego twórczość były mi nieznane, aż do momentu wystawy w Galerii Browarna i Pana tekstu z katalogu na blogu. Zaprezentowane tam obrazy z cyklu „„Krew Utajona” wzbudziły moją ciekawość i parę pytań do wspólnej dyskusji.

    Zbieżność merytoryczna wypowiedzi Sempolińskiego na temat własnej twórczości, cyt. „Jestem malarzem a nie interesuje mnie problematyka malarska, tę pozostawiam miłośnikom koneserom. Ja żyję, maluję i na tym koniec.”, przypomina bardzo wypowiedzi o roli malarstwa Willema de Kooninga, "I don't paint to live, I live to paint", "I never was interested in how to make a good painting. But to see how far one can go". W ostatniej fazie twórczości, początki 80 lat, de Kooning namalowal obrazy, które wymykają się jakiejkolwiek estetycznej analizie. Jej intrumenty definitywnie tutaj zawodzą. Można jedynie stwierdzic fakt, że malarstwo jest uzależnione od kondycji fizycznej, stanu psychicznego artysty i jego intelektualnej energii i interpretację aktu malarskiego może ujawnić jedynie on i nikt poza nim. Kiedy oglądam cykle obrazów Sempolińskiego, „Krew utajona”, czy „Cyfry Arabskie” odnoszę identyczne wrażenie bezsilności analizy, a jedynie akt obserwacji sytuacji malarskiej na obrazie, podobnie jak w pracach de Kooninga. Nie wszystkim jest wiadomo, ale w ostatnich latach prawdopodobnie de Kooning cierpial na otępienie (dementia), spowodowaną długoletnim alkoholizmen. Dokladnie jaki rodzaj lekarze nie zdiagnozowali. Mógła to być choroba Alzheimera, lub zespół Korsakowa. Jest jednak ciekawe, że pomiędzy 1986 a 1986, a więc już w fazie otępienia powstało 254 pełnowartościowych, w formie bardzo uproszczonych, abstrakcyjnych prac. Można jednak przypuszczać, że „ucieczka w abstrakcję” de Kooninga była powodem stopniowej utraty sprawności umysłowej, która prowadzila do deficytu różnorodności jego plastycznej wypowiedzi. Obrazy jednak pozostawily ciekawy, artystyczny zapis tej sytuacji i rodzaj walki z chorobą.

    Przypuszczam, że Jacek Sempoliński interesował się twórczością de Kooninga? Ciekaw jestem w jaki sposób twórczość jego wpłynęła na doświadczenia artystyczne Sempolińskiego? (A może się nim wogóle nie interesował?) Ciekaw jestem, czy Sempoliński pozostawił jakieś osobiste notatki na temat twórczości de Kooninga?

    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Anonimowy00:45:00

    Zauważyłem błąd, powinno być : ...pomiędzy 1981 a 1986 roku ubiegłego wieku, a więc już w fazie otępienia powstało 254 pełnowartościowych....

    OdpowiedzUsuń
  9. Panie Maxie, dzięki za komentarz nt. malarstwa Sempolińskiego. Jest Pan jedną z bardzo niewielu osób, które są zainteresowane dochodzeniem jakichś konkluzji merytorycznych przy zamieszczanych postach. Sam wielokrotnie wpisuję tu komentarze taktyczne czy strategiczne szydzące z modelu funkcjonowania twórczości, ale gdy piszę o samej twórczości tego czy innego artysty, nie ukrywam, liczę na namysł merytoryczny dyskutantów i obserwatorów.
    Odpowiadając zaś na pańskie powyższe spostrzeżenia, nasuwają mi się pewne wątpliwości. Pierwsza z nich dotyczy Pana stwierdzenia, że obrazy de Kooninga (i Sempolińskiego): "wymykają się jakiejkolwiek estetycznej analizie". Otóż wszystko co widzimy jest zjawiskiem plastycznym i jako takie jest analizowalne. Oczywiście nie każde zjawisko plastyczne jest dziełem sztuki i tu nasuwa się problem czy prace późnego de Kooninga lub późnego Sempolińskiego są dziełami sztuki?
    Myślę, że tak, chociaż nienajłatwiejszymi do klasyfikacji. Ntb. przy Sempolińskim bardziej widziałbym malarstwo Cy Twombly niż de Kooninga, (albo Wolsa czy Mathieu) mimo ewidentnych, zewnętrznych podobieństw. Sempoliński bliższy jest wyrazowi bazgrołu niż kaligraficznym efektom malarstwa typu action.
    Mimo zaawansowanego wieku artysty, także nie doszukiwałbym się w nim przyczyn tak bezkompromisowego traktowania malarskiej materii. Sempoliński w tym demontażu estetycznym pracuje właściwie od samego początku tj. od lat 50. Jednak ten "demontaż" nie jest premedytowany. Wynika z przekonania autora, że im plama czy kreska położona jest naturalniej tym jest prawdziwsza. Z założenia ma być "jak wyjdzie", ale to nie oznacza bezmyślnego przypadku. Owo "jak wyjdzie" ma być furtką ujawnienia się naturalnych predylekcji tej a nie innej osobowości. Wartość tej pracy nie ma nic wspólnego z takim czy innym popisem "sprawności" autora, polegającej na premedytowanej "przewrotności" etc., a polega wyłącznie na całkowitej szczerości dochodzenia do niej. Te wszystkie faktury, cerata płótna, zagęszczenia i puszczenia nie są celem ani założeniem tylko wynikiem dochodzenia do własnej prawdy działania.
    Co zaś do deficytu różnorodności wypowiedzi Sempolińskiego (którą Pan zasugerował przykładem starego de Kooninga). Żeby ją stwierdzić, trzebaby wyjść poza ramy zestawu prac jednej wystawy. Ponieważ akurat mam możliwość obserwowania roboty Sempolińskiego na przestrzeni ostatnich 40 lat, pomimo ewidentnej rozpoznawalności tego autora nie tylko nie widzę oznak deficytu różnorodności ale wręcz jej eksplozję bądź co bądź w bardzo wąsko zakreślonych jej granicach. Pozdrawiam serdecznie AB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy19:35:00

      Ma Pan rację pisząc: „Otóż wszystko co widzimy jest zjawiskiem plastycznym i jako takie jest analizowalne”. Stojąc na przeciwko obrazu nie sposób ominąć sensualnych walorów dzieła, a analizując obraz wynika konieczność użycia już znanych teorii i metod estetycznych. Tu właśnie znajduje się punkt krytyczny interpretacji dzieł de Kooninga i Sempolińskiego? Czy przysłużylbym się Jackowi Sempolińskiemu, gdybym próbował zaszeregować jego twórczość do już znanych nurtów zachodniego malarstwa współczesnego? Czy cieszyłby się, gdybym go nazwał malarzem gestu, materii malarskiej, albo porównał do Cy Twombly lub Wolsa, etc.? Zapewne, nie! Kiedy po raz pierwszy oglądałem na wystawie w Hamburgu, przed kilkoma laty, obrazy z późnej fazy twórczości de Kooninga, miałem podobne wrażenie, jak przed paroma dniami widziany cykl (szkoda, że tylko fotodokumentację?) obrazów „Krew utajona” Sempolińskiego, jak zrozumieć malarza, który maluje obrazy swoim życiem („Ja żyję, maluję i na tym koniec.”, "I don't paint to live, I live to paint.")? Już podyktowana przez nich sytuacja poznawcza, która ma na celu zbliżyć się do ich twórczości, ociera się o skrajny subjektywizm? Oczywiście, że malując, pozostawiają przedmioty wizualne (obrazy) i można je formalnie interpretować, ale na tej podstawie wrzuci się je do estetycznych worków, a przecież chcieli pozostawić na nich ślady ich bogatego, subjektywnego życia? Myślę, że tego rodzaju malarze sami chcieli „wymknąć się” ze swoimi obrazami jakiejkolwiek estetycznej analizie. Zaryzykowałbym stwierdzenie - poza historię sztuki, tam, gdzie nie ma pojęcia „dzieło sztuki”. Pan bardzo trafnie użył pojęcie „demontaż estetyczny” odnośnie twórczości Sempolińskiego” i można tak na to spojrzeć, i „nasuwa się (faktycznie) problem czy prace późnego de Kooninga lub późnego Sempolińskiego są dziełami sztuki?”. Dla mnie – nie! - i to jest ich siła ekspresji wizualnej i kolejny anarchistyczny opór wobec prób klasyfikacji historyków sztuki. Nie wiem, co powiedziłby Sempoliński na ten temat? Moje pierwsze skojarzenie na widok cyklu „Krew utajona”: na tak, tak malują małe dzieci, pomiędzy 18 a 24 miesiącem życia, w tzw. fazie rozwoju, Rapprochement (Wiederannaeherungskreis) (M.Mahler). Dziecko zaczyna poruszać się i okrywa nową przestrzeń poza otoczeniem matki. Dzieje się to w atmosferze ciągłej niepewności i powrotów do jej otoczenia, i kolejnych prób odejścia. Tą sytuację dziecko przedstawia plastycznie wypełniając niepewnymi, nierytmicznymi, drżącymi liniami kartkę papieru, od jednej do jej drugiej krawędzi, często tworząc labirynty z punktami, drobnymi plamami, malując często tylko jedną farbą (szkoda, że nie ma możliwości do komentarza dołaczyć plastycznego przykładu). Już w tej fazie malowania ujawnia dziecko, przy zewnętrznych podobieństwach, swój własny, wyróżniający go od innych, styl. Czy dziecko malując, myśli o dziele sztuki? A może obrazy z cyklu „Krew utajona” były z tą samą intencją malowane, albo jak Pan pisze obserwując prace Sempolińskiego przez 40 lat: „Te wszystkie faktury, cerata płótna, zagęszczenia i puszczenia nie są celem ani założeniem tylko wynikiem dochodzenia do własnej prawdy”. Jakiej „prawdy”, to że artysta, cokolwiek nie zrobi, jakikolwiek nie wykona ruch i tak dosięgnie go inkwizytor - historyk sztuki i jego wiele strategii widzenia obrazu, właśnie z racji tego, że nosi status artysty, i wiedząc o tym, mimo to chce mu się wyrwać z rąk, w imię swojego niepowtarzalnego duchowego życia?

      Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

      Usuń
  10. Panie Maxie, zdaje się, że zrobiłby Pan swoim komentarzem wielką przyjemność Jackowi Sempolińskiemu. Zwłaszcza ta pańska fraza: "Myślę, że tego rodzaju malarze sami chcieli „wymknąć się” ze swoimi obrazami jakiejkolwiek estetycznej analizie. Zaryzykowałbym stwierdzenie - poza historię sztuki, tam, gdzie nie ma pojęcia „dzieło sztuki”. Rozmawiając z Sempolińskim czuję, że wyraźnie o to mu chodzi. Pozdr. AB

    OdpowiedzUsuń
  11. Anonimowy02:57:00

    Okres twórczości Jacka Sempolińskiego po 2000 roku jest nieprawdopodobnie artystycznie inspirujący. On jest anarchistą z krwi i kości na papierze i to w tak podeszlym wieku! Dlaczego akurat tę fazę jego twórczości wybrał Pan na wystawę w Galerii Browarna? Czy to było życzenie artysty, czy to Pana wybór? Ciekaw jestem, co Pan o niej sądzi?

    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Trochę o tym mówiłem na otwarciu wystawy. Sempoliński kilka miesięcy wcześniej miał wystawę w Łodzi zatytułowaną "Ręka farbiarza". Zdziwiła mnie ta tytułowa deklaracja, bo farbiarstwo to jednak domena bezmyślnego, automatycznego barwienia, o co jednak Jacka Sempolińskiego nie podejrzewałem. A nawet wręcz przeciwnie. Więc, by pociągnąć temat a malarz w międzyczasie kontynuował łódzkie cykle, pokazałem to co ma najnowszego. Ale muszę powiedzieć, że najbardziej odpowiada mi jego robota z lat 60 i 70, czyli żłobione w gęstej farbie olejne reliefy. Sam tylko aspekt szacunku dla specyfiki farby olejnej tamtych prac, zasadniczo wystarcza mi za wszelkie inne możliwe ich zalety. Pozdrawiam, AB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy14:35:00

      Panie Andrzeju, z tego co udało mi się wyczytać na temat wystawy w Łodzi, sama nazwa ekspozycji "Ręka farbiarza" nawiązuje do 111 sonetu Williama Szekspira. To zmienia powaźnie Pana interpretację: „"Ręka farbiarza". Zdziwiła mnie ta tytułowa deklaracja, bo farbiarstwo to jednak domena bezmyślnego, automatycznego barwienia o co jednak Jacka Sempolińskiego nie podejrzewałem.” Przypuszczam, że nie bez powodu Sempoliński wybrał ten sonet jako klamrę wystawy. Jeśli wystawa składała się z zestawów prac (cyklów: "Litery żydowskie", "Litery łacińskie", "Czaszka", "Ręce Trifonowa" czy "Ukrzyżowanie u św. Anny") oparte na różnych motywach, to istnieje pewne podobieństwo do sonetów Szekspira, których nadrzędnym tematem jest miłość. Nadrzędny temat ponadto rozbity jest na tematy szczegółowe: (1) krótkość życia, (2) przemijanie piękna i (3) oznaki pragnienia. Dlaczego akurat właśnie sonet 111 wybrał Sempoliński, by zrozumieć jego treść należy ponadto przyporządkować ją do odpowiedniego szczegółowego tematu. Jaka idea tak naprawdę kierowała Sempolińskim, jak już we wcześniejszym komentarzu pisałem odnośnie tego rodzaju malarstwa, które reprezentuje głęboki subjektywizm, on może jedynie odpowiedzieć. Byłbym bardzo ciekawy jego interpretacji? Pana pisemne wprowadzenie do katalogu wystawy na blogu (cyt. „Pomimo takiej ascezy środków, sprowadzającej się czasem do kilkucentymetrowego duktu czarno-niebieskiej krechy, cały czas widzimy w tym rękę MALARZA a nie -jak nam sufluje sam autor – FARBIARZA”) może w tym kontekście budzić kontrowersje?

      Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

      Usuń
  13. Anonimowy14:42:00

    Oto oryginał sonetu 111 po angielsku:

    O! for my sake do you with Fortune chide,
    The guilty goddess of my harmful deeds,
    That did not better for my life provide
    Than public means which public manners breeds.
    Thence comes it that my name receives a brand,
    And almost thence my nature is subdued
    To what it works in, like the dyer's hand:
    Pity me, then, and wish I were renewed;
    Whilst, like a willing patient, I will drink
    Potions of eisell 'gainst my strong infection;
    No bitterness that I will bitter think,
    Nor double penance, to correct correction.
    Pity me then, dear friend, and I assure ye,
    Even that your pity is enough to cure me.

    –William Shakespear


    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Panie maxie. Ja, oczywiście, wiem o tym sonecie, więcej, na otwarciu wystawy w Browarnej "wydało się", że to prof. Wiesław Juszczak jest autorem tytułu wystawy łódzkiej. Gdy prof. Juszczak to osobiście przypomniał, reagując na moją wernisażową zaczepkę, Jacek Sempoliński się od tego "farbiarza" co najmniej lekko zdystansował. Nie potrafię i nie chcę ukrywać, że sam jestem bardzo sceptyczny do tych aliansów literatury z malarstwem. Choć to banalne co powiem, ale to głównie historycy i ludzie "dookoła" sztuki celują w tych paralelach (siedząc po uszy w teoriach, z reguły, dużo mniej mają serca do stricte malarskich, wizualnych powodów i inspiracji) a malarz -moim zdaniem- nie myśli o nich pracując. Ostatnie cykle Sempolińskiego są w prostej linii wywiedzione z jego wcześniejszych malarskich dociekań, duktów farby, kolorów, tonacji, powiązań składowych, komplikacji lub uproszczeń naniesień, a nawet -jako się rzekło- demontażu estetyki. Już sam prosty fakt, że tytuł (złożony ze słów a nie farb) jest nadawany ex post, jest wielce znaczący. Pozdr. AB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy11:03:00

      Trochę jestem zdziwiony, że Jacek Sempoliński, jak to Pan napisał: „się od tego "farbiarza" co najmniej lekko zdystansował”. Po co więc pozwolił na to, aby ktoś inny wymyślał nazwę wystawy? W gruncie rzeczy, nieistotny problem, ale obecnie w związku z przemianami w sytemie sztuki na rzecz dominacji kuratorskiej sztuki, artysta/ka powinien/na bardzo uważać na obce projekty wystawiennicze, które często zabijają jego/ej twórczość. Nie wiem, jak dalece prof. Juszczak był w ten projekt zintegrowany, ale jeżeli jest tak jak Pan napisał, że Jacek Sempoliński obdarzony jest „(n)iebywał(ą) erudycj(ą) malarza, wspart(ę) rzadko spotykanym pułapem teoretycznej refleksji i gruntownym rozeznaniem”, dlaczego sam nie zdecydował się ją nazwać? Przyznam się szczerze, że kiedy przeczytalem tytuł łódzkiej wystawy, „Ręka farbiarza”, niewiedząc jeszcze o sonecie Szekspira i biorąc pod uwagę Pana interpretację jej tytułu, „cały czas widzimy w tym rękę MALARZA a nie -jak nam sufluje sam autor – FARBIARZA”, spodobał mi się. Nie podzielam Pana pogląd, że „farbiarstwo to jednak domena bezmyślnego, automatycznego barwienia” (proszę zauważyć fakt, że rękodzielnictwo farbowania ma za sobą bogatą 4000 tysięczną historyczną tradycję?), raczej zainteresowała mnie gotowość Sempolińskiego do nieidentyfikowania swoich późnych prac ze sztuką i możliwość rezygnacji z określenia siebie malarzem akademickim (choć Pan obstaje przy tej nazwie?) na rzecz farbiarza, nieznanego człowieka farbującego tkaniny. Ot, taki kolejny anarchistyczny gest demontarzu profesora akademiii sztuk pięknych, na który zgodziliśmy się oboje, przypominający, że malarstwo ciągle jest żywotne i w tej formie otwiera drogi eksperymentów poza oficjalnym kręgiem „ludzi „dookoła” sztuki”, a i być może własnego statusu. Chciałbym, korzystając z okazji, przywołać twórczość Herberta Zangsa, niemieckiego malarza, którego obrazy (albo jak je określił Joseph Beuys, „an dessen Gegenbildern man sehr viel Orientierung finden koennten”) były nieodłącznie naznaczone jego bujnym życiem. Zangs już w bardzo podeszłym wieku, naznaczony chorobą (prawdopodobnie także dementią) rysował nadal, trzymając w drżącej ręce czerwony pisak, rysunki na papierze. Patrząc na nie można stwierdzić, ot takie bohomazy dziecka, ale przy bliższym przypatrzeniu, śledząc ruch ręki i pozostawiony ślad lini można rozpoznać linię życia (dołączam tutaj link: http://www.youtube.com/watch?v=S6AaDNm6qRk do filmu, „Herbert Zangs – Phänomen” i proszę zwrócić uwagę na sekwencję pomiedzy 1:39–2:15 i 6:12-6:23 minutą). W tym kontekście późne obrazy i rysunki Sienickiego (kiedy teraz bardziej znana jest mi jego wcześniejsza twórczość) należą do takiego samego procesu i bezpośredniego zapisu życia 80 letniego, już nie artysty, ale czlowieka, a szczególnie tytuł jednego z cykli, „Krew utajona”, który powtórze słowa Beuysa, „an dessen Gegenbildern man sehr viel Orientierung finden koennten”.

      Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

      Usuń
  15. (...)już nie artysty, ale czlowieka... (...)
    I like it .
    ------------
    ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Panie maxie. Bez względu na trafność tego nieszczęsnego tytułu "Ręka farbiarza", Wiesław Juszczak nie tylko nie zabija twórczości Jacka Sempolińskiego ale ją -niewątpliwie- od lat wzbogaca. Podobnie jak praktyka malarska Sempolińskiego wiele wnosi do warsztatu znakomitego historyka sztuki, prof. Wiesława Juszczaka. Nie wiem skąd Pan to wziął ale ja nie obstaję przy nazwie "malarz akademicki" dla Sempolińskiego. Twierdzę, że jest to malarz (bez żadnych przymiotników) a nie farbiarz. Bez względu na to jakim tem malarz chciałby siebie widzieć (szlachetna rezygnacja z górnolotnych nazw sztuki), i tak określają go obrazy a nie deklaracje i zapowiedzi słowne. Dla mnie Sempoliński w ostatnich swoich obrazach ciągle MALUJE, czyli barwiąc swoje płótna i papiery WIDZI I MYŚLI. I w odróżnieniu od farbiarza (z jego rękodzielniczą tradycją) nie kombinuje w kategoriach takiej czy innej DEKORACJI tylko DEMONTAŻU Dekoracji. Ot i wsio. Pozdrawiam, AB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy14:51:00

      W związku z nieszczęśliwą nazwą wystawy, "Ręka farbiarza", od której nazwy się Jacek Sempoliński zdystansował (według Pana informacji), moje dywagacje przybrały teraz rodzaj wolnych myśli na temat jego póżnego malarstwa. To rodzaj wcześniejszej reakcji na Pana pisemne wprowadzenie do katalogu wystawy na blogu. Dobrze różnić się, przy wielu podobieństwach, poglądami, wzbogacają dyskusje. Teraz niech sam artysta wkroczy do akcji, ale nie jest to żaden przymus. Miło było mi poznać jego twórczość, a Galerii Browarna życzę dalszego sukcesu. Właśnie we Frankfurter Kunstverein (http://www.fkv.de/frontend/startseite.php) można zobaczyć interesującą wystawę malarstwa, "Malerei der ungewissen Gegenden". Polecam.

      Pozdrowienia z Hamburga - max.dogin :)

      Usuń
  17. Panie maxie, niech się Pan przypadkiem nie zraża tym, że czasem się stawiam w dyskusji. Pańska dociekliwość albo, po prostu, zainteresowanie, zwłaszcza z oddali są godne podziwu, w świecie w którym niejednemu wszystko wisi kalafiorem. Ogromnie sobie cenię Pana wpisy, bo nie są na odwal się, drąży Pan jakiś problem, przed napisaniem sprawdzi gdzie i co trzeba, słowem jest w tym niezwykle rzadka dziś (zwłaszcza w kraju, który Pan opuścił)bezinteresowna porządność i sens. Właśnie dla takich rozmówców jak Pan warto się wysilić, prowadząc bloga. Pozdrawiam, AB

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy17:59:00

      Pisząc ostatni komentarz, zdałem sobie także sprawę, jak bardzo ważne jest lokalne (polskie) uczestnictwo w artystycznych zdarzeniach. Czasami bardzo żałuje, że w nich „cieleśnie” nie uczestniczę, ale znowu pobyt tutaj dostarcza innych walorów, można jak Lombardi z możliwością dostępu do informacji, które w Polsce są niemożliwe do uzyskania, uczestniczyć w globalnym zjawisku sztuki i snuć ciekawe na jego temat teorie.

      Jeżeli Pan sobie przypomina bardzo ciekawą dyskusje o "Faryzeusz(u) Grający(m) Filantropa czyli FGF" (http://galeriabrowarna.blogspot.de/2011/06/faryzeusz-grajacy-filantropa-czyli-fgf.html), bez informacji z drugiej strony nie byłoby tej dyskusji i obalenie mitu „non-profit organisation” FGF.

      Nawet przedostatni komentarz gościa niedzielnego (http://wyborcza.pl/1,75475,12184630,Zbieraja_pieniadze_na__List__Macugi.html), gdzie Towarzystwo Przyjaciół Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie ogłasza kolejną zbiórkę publiczną na zakup pracy Goshki Macugi dla Muzeum, i Pana krótkie trafne skwitowanie: ”To jest właśnie ożena porno z dewocją”, poprowadziöy moją ciekawość i przywilej „innej strony” w tym kierunku, aby znależć dowody na ten ożenek, przyjrzałem się powiązaniom Macugi z Carolyn Christov-Bakargiev. Począwszy od przyznania jej głównej Arnold Bode Nagrody 2011 (30.000 €) w Kassel, gdzie w komisji zasiadała kuratorka dOCUMENTA 13 wraz byłymi kolegami Arnolda Bode i wygłoszoną laudacją w jej kierunku, jej uczestnictwo na dOCUMENTA 13, której główną kuratorką jest także pani Christov-Bakargiev, z inicjatywy której doszło już wcześniej do omówienia zamówienia na produkcję gobelinów we Fridericianum i Kabulu, gdzie zintegrowany jest motyw zdjęcia z ceremonii przyznawania Macugi głównej nagrody Arnolda Bode 2011, (no bo przecież gobeliny 17 metrowej długości nie produkuje sie w ciągu miesiąca?), cofnięciem się do jej nominacji na Turner Prize 2008 i powiązań jej z kuratorami i krytyką jej prac Jonathan’a Jones’a z guardian¹, krystalizuje się powoli ten ożenek „porno z dewocją” specyficznej grupy artystów, nazywanej na zachodzie - artyści kuratorskiej sztuki - do której Macuga należy z ważnym znajomościami i zamówieniami, agitujących w globalnym obiegu sztuki, kuratorów/ek, i obraz ich wewnętrznej polityki, który kształtuje obecny wyraz sztuki. Malarstwo Jacka Sempolińskiego w tym kontekście nie żadnych szans, nie tylko na główną Arnolda Bode Nagrodę, ale w ogóle artystycznie zaistnieć w tym towarzystwie (jeżeli znajdę czas wolny opiszę obszerniej ten temat na blogu?).

      Tym miłym akcenten Panie Andrzeju, niczym się nie zraziłem, wręcz odrotnie, „szkoda mi (także) tych drugich 150 tauzenów z publicznego budżetu”, bo do nich nawiązał ten krótki komentarz i trochę jednak naiwności darujących.


      Pozdrowienia z Hamburga - max dogin :)

      1. http://www.guardian.co.uk/artanddesign/jonathanjonesblog/2008/oct/07/turner.prize.shortlist.2008

      Usuń
  18. Sorry, trochę zajęty innymi sprawami nie byłem tu kilka dni, w każdym razie nie na tyle długo żeby skomentować ostatni wpis maxa dogina. Tylko dlatego nie wywołał mojego odzewu ad hoc. A jest interesujący i zahacza o clou moich blogowych wywodów od zarania.

    Przypomnę, że owo clou zasadza się na moim najgłębszym przeświadczeniu, że w sztuce przez ostatnie 15 lat w Polsce i 20-25 lat na Zachodzie wcale nie mamy do czynienia z jakimś NOWYM OTWARCIEM, EKSPLOZJĄ NOWYCH TALENTÓW, NAGŁA ZMIANĄ WARTY I WRAŻLIWOŚCI, SZTUKĄ "NOWEGO CZŁOWIEKA" i innym, tym podobnym, wstawianym nam KITEM, tylko STARYM JAK ŚWIAT procederem, od którego starszy jest chyba tylko najstarszy zawód świata. Jeżeli w nim jest coś NOWEGO, to warunki do KONSEKWENTNEGO jego przeprowadzania na gruncie międzynarodowym. Nastąpiła specyficzna koincydencja: Oto niemal w tym samym czasie, kilkudziesięciu osobników (nie jakichś tam osobników, tylko do detalicznego wykazania po nazwiskach), uwijających się koło sztuki nagle skumało, że do ZAISTNIENIA w sztuce, a tym bardziej GRUBEGO ZAROBIENIA na niej, wcale niepotrzebny jest tradycyjny, wymagający, czasem zbyt dociekliwy, za to zawsze uważający na SWOJĄ kasę indywidualny klient. Niepotrzebny jest ktoś, kogo latami trzeba "urabiać" na swoją modłę, o którego należy zabiegać, który -jak już coś kupi od wielkiego dzwonu- potrafi być upierdliwy i może psuć krew i rynek obrotem wtórnym. Niepotrzebny jest detalista, ze SWOJĄ wrażliwością, który nawet jeśli ma portfel "jak chłopska poducha" dysponuje zaledwie ułamkiem kwot, leżących "bezpańsko" gdzie indziej.

    Gdzie? Naturalnie, w publicznych instytucjach sztuki w KAŻDYM kraju.

    OdpowiedzUsuń
  19. Właśnie w l.90, po "przewałkowaniu" licznych targów sztuki, analizie wysokości obrotu pod kątem charakteru targetu i niespotykanej wcześniej skali przepływu informacji, nastąpiło globalne, wspomniane wyżej "jaśnie oświecenie". Po cholerę -pomyślało wielu- użerać się z nawiedzonym artystą o jego TOWAR, który im wyższej będzie próby, tym trudniej będzie dostępny, a jeszcze trudniej sprzedawalny. Po cholerę pompować ego artysty krnąbrnego, niepoprawnego indywidualisty, niewspółpracującego i zawsze gotowego wywinąć "opiekunom" nieobliczalny numer. Po cholerę angażować WŁASNE środki w zawsze niepewny towar. Skazywać je na CZYJEŚ WIDZIMISIĘ.
    Należało więc:
    1. Przeprogramować towar, którego społecznie "nieużyteczna" i dyskusyjna estetyka ustąpi oczywistej i "nośnej" tematyce. Wyemancypować walory łatwoosiągalne (forma NOWA vs forma WŁAŚCIWA) w celu wymuszenia dostatecznej skali obrotu (Żaden handlarz nie będzie latami czekał na jakieś natchnienie i nowe dostawy).
    2. Zaopatrzyć artystę w "tłumaczy" - obkutych kuratorów i wyszczekanych "doktorów sztuki", którzy go na łeb biją medialnie.
    3. Obniżyć wiek pozyskiwanych artystów -ofiar do promocji. Młody jest W CAŁOŚCI do dyspozycji, jako wstępujący nie stawia się, jest żądny awansu, imponuje mu nagłe zainteresowanie więc tym chętniej przymknie oko na ewentualne świństwa "współpracy". Jeszcze nic nie sprzedał, więc można nim dysponować hurtem i żaden przypadkowy klient z flanki nie popsuje koniunktury. Stary już liznął sukcesu więc jest trudny we współpracy, wcześniej dowartościowany stawia warunki. Dudli towar w nieskończoność z myślą o "mitycznej jakości", w kontekście "sztuki" obrażają go takie pojęcia jak deadline, nowe dostawy, szybki obrót etc.. Najczęściej już coś wcześniej na boku sprzedał, czasem niemało, więc koszta promocji takiego towaru, napędzą koniunkturę nie tego, co je ponosi. W konkluzji handlowej: ABSOLUTNIE NIE WARTO.

    Jedno co warto, to upić się warto (poeta).
    Ale też warto czmychnąć w instytucje publiczne:
    - ryzyko własne żadne
    - możliwości korzystania z budżetu w sektorze prywatnym nieosiągalne
    - wielka szansa na "ODPAŁ" lub -mówiąc eufemistycznie- NACJONALIZACJA KOSZTÓW - PRYWATYZACJA ZYSKÓW.

    Panie maxie. To co powyżej, choć "dookoła" jest odpowiedzią na pańskie zauważenia, na wskazany przypadek Bakargijev - Macuga i plejady in. cudownie objawionych duetów (choćby Joanna Mytkowska - Maria Hlavajowa, Pakesh -Szymczyk etc.). Czy Pan, siedząc w Hamburgu, wcześniej znał artystę o nazwisku Aernout Mik? Zapewne nie. A Pani Mytkowska siedząca w Warszawie go znała i nawet "podarowała mu" 470 tysięcy kupując do zbiorów MSN w W-wie parominutowy film -instalację zrealizowaną w Pałacu Kultury. Znała go, bo 3 lata wcześniej opowiedziała jej o nim na prywatnej konferencji w pracowni Stażewskiego/Krasińskiego (szumnie zwanej Instytutem Awangardy prowadzonym przez kolegę Mytkowskiej z FGF - Andrzeja Przywarę) pani Maria Hlavajowa. Maria Hlavajowa z kolei do kierowanej przez siebie instytucji BAK w Utrechcie, pozyskiwała prace Żmijewskiego i Althamera.
    Adam Szymczyk natomiast opowiedział Pani Mytkowskiej o wystawianym przez siebie w Kunsthalle Basel Gustavie Metzgerze, a ta, choć jeszcze wczoraj strajkowała na schodach Zachęty przeciw mizerii sytuacji polskich artystów, rączo wyjęła z budżetu MSN 360 tysięcy na zakup jego "Eichmana.. ". I tak to się plecie.

    Jak mam być szczery, to wisi mi też i ta kasa. Myślę raczej o wartościach sztuki: jednych, które się za nią winduje i innych, które się nią katrupi. Podrawiam, AB.

    OdpowiedzUsuń
  20. Gott mit uns ("Bóg jest z nami" czy "Z nami Bóg") - dewiza prastarego Orderu Łabędzia, przejęta w roku 1701 jako dewiza państwowa Królestwa Prus, używana do 1945 w armii niemieckiej i aż do lat 70. XX wieku na sprzączkach pasów sił policyjnych RFN.

    ----------------------------------------------
    bo dewiza może i stara,ale zawsze aktualna... ;)

    OdpowiedzUsuń
  21. a dla Pana Maxa extra gratis :
    cyt:

    Na przykład w 1991 roku w obecności kolegów i koleżanek z „Pracowni” Althamer palił marihuanę, siedząc w blaszanej balii wypełnionej wodą i purpurowym roztworem papier mâché, przy dźwiękach muzyki religijnej (Kardynał), a na plenerze w Dłużewie w tym samym roku, ubrany w biały strój, zamienił się w „śniegowego bałwana”, siedząc przez dwie godziny na mrozie (Autoportret).
    ---------------------------------------------

    (http://mapakultury.pl/art,pl,mapa-kultury,97232.html)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anonimowy16:31:00

      "...a (Althamer) na plenerze w Dłużewie w tym samym roku, ubrany w biały strój, zamienił się w „śniegowego bałwana”, siedząc przez dwie godziny na mrozie" - trochę mu współczuję i nie rozumiem, dlaczego nie wybrał cieplejszej pory roku? Przecież latem można przebrać się i wystąpić jako "strach na wróble" z tym samym artystycznym skutkiem?

      Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

      Usuń
  22. Anonimowy16:11:00

    Ze zwzględu na brak czasu podzielę mój komentarz na 2 części.

    Pan Andrzej pisze: „Myślę raczej o wartościach sztuki: jednych, które się za nią winduje i innych, które się nią katrupi.”

    Część I ----------------------------------------------------------------------------------------------------------

    Kontynuując mój poprzedni komentarz i w związku z wystawą Jacka Sempolińskiego w Galerii Browarna, sztuka Goshki Macugi, bo do niej chcę ponownie nawiązać, jest przykładem obecnych zmian w systemie sztuki europejskiej, który wielu artystom (np. reperezentujących formę sztuki Galerii Browarnej) zamknął już dawno drzwi wstępu do niego. Komentatorom blogu i Panu Andrzejowi ten zakaz uczestnictwa jest znany, dobrze jest jednak z powodu „bezinteresownej porządności i sensu” zebrać kolejne dowody. Zacznę od Turner Prize 2008 i Goshki Macugi.

    Tate Galery przyznaje (od 1984 roku) co roku na początku grudnia brytyjskiemu artyście/ce poniżej 50 roku życia, za wybitną wystawę lub inny rodzaj prezentacji swojej twórczości w ostatnich dwunastu miesiącach, główną nagrodę Turner Prize w wysokości 40.000 £ (25.000 £ dla zwycięzcy)¹, z pokazem prac nominowanych w październiku w Tate Britain. Mimo, że reprezentuje wszystkie formy sztuki, związana jest głównie ze sztuką konceptualną. Wydarzeniu temu regularnie towarzyszą demonstracje, zwłaszcza K Foundation² i the Stuckists³, którzy żądają, aby nagroda reprezentowała różne wartości artystyczne.

    Goshka Macuga została w maju 2008 roku przez londyńską Tate Gallery nominowana, wraz z 3 innymi uczestnikami (Cathy Wilkes, Runa Islam, Mark Leckey) do głównej nagrody Turner Prize. Nominację oficjalnie zakomunikował prasie Stephen Deuchar⁴, dyrektor Tate Britain. Jury Nagrody Turner Prize 2008 składało się z następujących członków: David Adjaye, architekt i dyrektor Adjaye Associates; Daniel Birmbaum, Dyrektor Staatliche Hochshule für bildende Künste, Frankfurt; Suzanne Cotter, wicedyrektor i starszy kustosz, Modern Art Oxford, Jennifer Higgie, redaktor, Frieze i Stephen Deuchar, dyrektor Tate Britain i przewodniczący jury. W ostatnich 12 miesiącach od nominacji Macuga wystawiła się między innymi w Tate Britain, w wystawie grupowej „Art Now” (30.06. – 14.10.2007)⁵, którą urządziły 3 znane kuratorki Tate Britain, Lizzie Carey-Thomas, Rachel Tant and Katharine Stout (tak nawiasem, w 2002 roku Macuga wystawiała się solo w FGF).

    Jak widać z przedstawionych powiązań Macugi z Tate Britain, jej dyrektorem i kuratorkami, można zrozumieć i nie będzie nikogo dziwić, „zasadność” jej nominacji do nagrody Turner Prize 2008.

    OdpowiedzUsuń
  23. Anonimowy16:22:00

    Aby zrozumieć „zasadność” takich powiązań pomiędzy Macugą i kuratorami, i rodzaj sztuki, którą tworzy, przywołam artykuł krytyka sztuki, Richard’a Dorment’a z The Telegrapf⁶ i jego krytykę Turner Prize 2008. Twierdzi on, że lista nominowanych artystów do nagrody i ich twórczość jest doskonałym przykladem sztuki europejskiej (Euro-art), której techniczna i artystyczna kompetencja jest pusta, mdła i wykonywana specjalnie na biennale. Euro-artysta buduje swoją sztukę, która nie odwołuje się do szerokiej publiczności, lecz do kuratorów, której celem jest zakup, nie przez prywatnych kolekcjonerów, lecz przez muzea i i fundacje. Jest głównie sztuką o sztuce, wraz intrukcją jak się ją robi, opartą na szeroko zakrojonych „ezoterycznych” badaniach i zainteresowaniach, znanych tylko Euro-artyście/ce. Euro-artyści tworzą sztukę dla profesjonalnych pracowników muzeów, którzy we własnym krągu trudzą się pokazać takie sterylne prace. Aby pojąć taką sztukę potrzebna jest interwencja profesjonalnego organizatora wystawy i jego wyjaśnienia. Wystawy Euro-artystów dzieli się na dwa rodzaje: zwyczajni widzowie, którzy wędrując przez takie wystawy są otępiali z nudów, albo grupy osób zwracającą szczególną uwagę na instrukcje wyjaśniające wystawione prace, które w przeciwnym wypadku byłyby niemożliwe do zrozumienia. Euro-art jest zwykle przeładowana treścią, nie jest szokująca, nie wzbudza emocji i kontrowersji, i jest wizualnie nieciekawa. Czas, który spędza się na wystawie nominowanych do Nagrody Turner Prize 2008 upodabnia się do czasu spędzonego popołudniu na lotniskach Heathrow, Schiphol, Tempelhof i Charles de Gaulle. Fizycznie przenosi się pasażer z miejsca na miejsce, ale na koniec dnia, nie wie, gdzie był.
    Krytyk sztuki, Jonathan Jones z the guardian⁷ twierdzi, że wybór artystów do nagrody Turner Prize 2008 odzwierciedla mentalność kuratorów i dominującej obecnie w magazynach sztuki - pseudo intelektualnej kultury.

    Można więc z czystym sumieniem, dołączyć do przedstawionej powyżej krytyki Euro-art, którą reprezentuję twórczość Goshki Macugi, pracowników Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie, którzy przez kolejną zbiórkę publiczną na zakup jej pracy dla Muzeum potwierdzają jedynie od dawna rzerząca sie chorobę środowiska i całego systemu sztuki europejskiej.


    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    P.S. W części II spróbuje opisać powiązania Goskki Macugi z Carolyn Christov-Bakargiev, kuratorki dOCUMENTA 13, która także należy do opisanego powyżej klubu.


    1. http://www.artdesigncafe.com/Mark-Leckey-Turner-Prize-2008
    2. http://www.youtube.com/watch?v=S2EaHYNHV6Y&feature=player_embedded#!
    3. http://www.stuckism.com/
    4. http://www.art-magazin.de/kunst/6373/turner_prize_die_kandidaten
    5. http://www.kunstaspekte.de/index.php?tid=62254&action=termin
    6. http://www.telegraph.co.uk/culture/art/3561401/The-Turner-Prize-2008-who-cares-who-wins.html
    7. http://www.guardian.co.uk/artanddesign/jonathanjonesblog/2008/oct/07/turner.prize.shortlist.2008

    OdpowiedzUsuń
  24. Zastanawia mnie ten krytyk Jonathan Jones z the Guardian, bo do niedawna takie jego zdanie jak to, które Pan przytacza: "Turner Prize 2008 odzwierciedla mentalność kuratorów i dominującej obecnie w magazynach sztuki - pseudointelektualnej kultury" za rządów panoszącego się w Guardianie eks malarza i apologety tej pseudointelektualnej kultury - Adriana Searle absolutnie by nie przeszło. To bowiem właśnie the Guardian jest jednym z głównych architektów układu Euro-art. Jego codzienna robota z niezapomnianym rankingiem (setka guardiana) latami skutecznie nawoziła ten areał formalnych i nieformalnych powiązań. To tam, jak u nas nie przymierzając, w kieszonkowym wydaniu, redaktorka Jarecka z GW, wykuwano kadry jedynie słusznej sztuki dla kuratorów. Saatchi, YBA, Birnbaum, Koenig, Obrist, Gioni, Blazwick, Ruf, Higgie, Deller, Ginderas, Gladstone, Ropac, Lambert, Goodman, Falkenberg, Pinault, Rubel, Serota, ICA, Lisson, Wirth, Baldessari, Perrotin, Bonami, Flood etc., etc. zmieniali się miejscami w kolejnych latach, ale w ramach rankingu. Była to setka szybkiego, wzajemnego reagowania. Jak trzeba było pomóc jakiemuś ogniwu na jego odcinku, windowało się go na szczyt. Jak się któryś z wysoka (Damien Hirst) zaczął stawiać galeriom z sieci, wnet lądował z 1 miejsca na 48 i dalsze. Poza rankingiem też to działało. Znane nam nagrody Ordway, Vincent czy Flash Art dla Żmijewskiego, Althamera czy Sasnala też miały za zadanie w pierwszej kolejności zamknąć gęby miejscowym krytykom, a w kolejności drugiej zasilić ich konta i pozycje.

    Pięknie Pan, Panie maxie wyłuskał ten cytat Richard’a Dorment’a: "Euro-artysta buduje swoją sztukę, która nie odwołuje się do szerokiej publiczności, lecz do kuratorów, której celem jest zakup, nie przez prywatnych kolekcjonerów, lecz przez muzea i i fundacje".
    Ale czy trzeba aż wrogów Euro-artu żeby to zauważyć? Ostatnio przeczytałem artykuł Kuby Sienkiewicza,
    http://www.dwutygodnik.com/artykul/2711-samotne-muzeum.html
    który będąc jak najbardziej przychylny takiej wersji sztuki, widząc przerażającą pustkę na jednej z wystaw w łódzkim ms2 sam zauważył: Jednak tak duży projekt jak „Oczy szukają…” mógłby być trochę bardziej przyjazny widzowi. A niestety wpisuje się w tendencję, z której Muzeum Sztuki dobrze znamy – wystaw hermetycznych dla wąskiej grupy odbiorców. Wystawa w ms2 opiera się na swobodnych skojarzeniach, ale przez to czasami można się w niej zagubić. Wprawdzie zwiedzający otrzymują przewodnik, jednak zawarte w nim opisy nieraz bardziej mącą niż objaśniają. Pomocą służyć ma też mini-czytelnia ze skserowanymi na różnokolorowych kartkach tekstami (głównie w języku angielskim). Są to pisma teoretyków i artystyczne manifesty. Ale czy zachęcanie szeregowych widzów Muzeum do czytania Bruno Latoura czy Felixa Guattariego nie jest przesadą? Jest".
    Otóż to, niestety.

    OdpowiedzUsuń
  25. Oczywiście cytowany artykuł z Dwytugodnika jest autorstwa Karola Sienkiewicza, który gdy się zorientuje gdzie go cytują, zapewne zaśpiewa jak Kuba Sienkiewicz: "No, co ja robię tu, co ja tutaj robię?"

    OdpowiedzUsuń
  26. Anonimowy15:28:00

    Zarówno Richard Dorment z The Telegrapf¹ z krytyką Turner Prize 2008, jak i Jonathan Jones z the guardian², są zgodni co do negatywnej oceny prac Goshki Macugi. Specjalnie ich nie przytoczyłem, lecz zamiast tego podałem linki, aby komentatorom blogu pozostawić możliwość przeczytania ich w języku angielskim. Osobiście przyłączam się do wniosku Richarda Dormenta: „It's the kind of modern art that pundits pay deference to and that deep down nobody really likes.” (“Jest to rodzaj sztuki nowoczesnej, której eksperci okazują szacunek, a w głębi duszy nikt tak naprawdę jej nie lubi.”)³. Kropka!!!
    Międzynarodowy obieg sztuki Goshki Macugi jest fenomenem formalnych i nieformalnych powiązań kuratorów i krytyków. Jest to śmieszny przykład „intelektualnej korupcji, która wypełnia współczesne muzea i kultury, która teoretycznie podtrzymuje puste i nudne bezosobowe paplaniny”. Wspomniane przez Pana „kieszonkowe wydanie” kadry jedynie słusznej sztuki dla kuratorów, wykute przez redaktorkę Jarecką z GW, nie wzięło sie z nieba. Trafiona krytyka Jonathana Jonesa książki Hal Fostera⁴, „Art Since 1900: Modernism, Antimodernism, Postmodernism”⁵, gdzie pięciu (Rosalind Krauss, Hal Foster, Yves-Alain Bois, Benjamin HD Buchloh, David Joselit ) najbardziej wpływowych i prowokacyjnych historyków sztuki naszych czasów spotkało się, aby przedstawić kompleksową historię sztuki w XX i XXI wieku (rodzaj najważniejszej kroniki sztuki nowoczesnej naszego pokolenie), która ujawnia wpływ tego rodzaju akademickich superbohaterów na rodzaj komentowanie wydarzeń w sztuce i na środowisko akademickie, począwszy od studentów historii sztuki, a kończąc na instytucji sztuki i ich ważnych animatorach (włącznie na gruncie polskim z Jarecką i jej podobnych). Maszerują więc szeregowi animatorzy instytucji sztuki, jak owieczki za guru-przewodnikami stada i powtarzaja dalej, co się od nich nauczyli. Nie dziwmy się więc, że krytykowana za złe prace Goshka Macuga ląduje dalej za sprawą Daniela Birmbauma, członka jury Turner Prize 2008, na 53 Biennale w Wenecji w 2009 roku, którego jest kuratorem. Potem w ręce, przez wiele wspólnych projektów, zaprzyjażnionej z Birmbaum’em Carolyn Christov-Bakargiev⁶, kuratorki dOCUMENTA 13, przedtem zahaczając o główną nagrodę Arnolda Bode 2011, której członkiem jury jest także Carolyn Christov-Bakargiev, kasując 30.000 €, nie mówiąc o sponsorowanyh przez państwo niemieckie gobelinach we Fridericianum i Kabulu, na dOCUMENTA 13.

    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    P.S. W części II, o której już w poprzednim komentarzu napomknąłem, spróbuje opisać powiązania Goskki Macugi z Carolyn Christov-Bakargiev, kuratorki dOCUMENTA 13.

    1. http://www.telegraph.co.uk/culture/art/3561401/The-Turner-Prize-2008-who-cares-who-wins.html
    2. http://www.guardian.co.uk/artanddesign/jonathanjonesblog/2008/oct/07/turner.prize.shortlist.2008
    3. http://www.telegraph.co.uk/culture/art/3673341/This-Turner-Prize-shortlist-is-a-dud.html
    4. http://www.guardian.co.uk/culture/2005/mar/23/3
    5. http://books.wwnorton.com/books/detail.aspx?ID=23262
    6. http://www.portikus.de/exhibition_16600.html?&L=1

    OdpowiedzUsuń
  27. Warto zapamiętać pojęcie INTELEKTUALNEJ KORUPCJI - połączenie zepsucia (łac. corruptio) z nadużyciem.

    OdpowiedzUsuń
  28. Anonimowy15:44:00

    Turner Prize jest nagrodą promującą nowe osiągnięcia współczesnej sztuki brytyjskiej i jest powszechnie uznawana za jedną z najważniejszych i najbardziej prestiżowych nagród dla sztuk wizualnych w Europie. W 2006 roku Lynn Barber, brytyjska żurnalistka pisząca dla The Sunday Times, była członkiem jury Turner Prize. Napisała o tej przygodzie artykuł w The Observer, "Jak cierpiałam dla sztuki" ("How I suffered for art's sake").
    Panie Andrzeju, ten artykuł to rzadki przypadek ujawniający od kuchni proces oceniania sztuki współczesnej. Zapewne ożywi ponownie krytycznym uśmiechem atmosferę na blogu? Długi, ale warto go przeczytać. Polecam!!!

    http://www.guardian.co.uk/artanddesign/2006/oct/01/art.turnerprize2006

    Pozdrowienia z Hamburga – max dogin :)

    OdpowiedzUsuń
  29. Poniżej zlinkowany przez maxa dogina tekst Lynn Barber: Jak cierpiałam dla dobra sztuki (w tłumaczeniu Zosi Biernackiej)

    Kiedy została poproszona o jurorowanie w prestiżowej Turner Prize była zachwycona. Rok później jej nastawienia zmieniło się całkowicie. Miesiące glądania dzieł banalnych i wtórnych w swym wyrazie poskutkował gorzką refleksją nad stanem brytyjskiej sztuki.
    W kwietniu 2005 roku Dyrektor Tata Britain S. Deucher w liście poprosił mnie o dołączenie do grona jurorów Turner Prize. Prośbę musiałam przeczytać kilka razy, zanim uwierzyłam. Byłam tak szczęśliwa i podekscytowana, że chwaliłam się wszystkim znajomym, łącznie ze sprzątaczką, która myła okna u mnie w domu. Większość moich bliskich reagowała śmiechem na sama myśl o mnie jako jurorce tak ważnej nagrody, ale nikt z nich nie odradził mi wzięcia udziału w przedsięwzięciu.
    Nawet Tracy Emin, kiedy już skończyła się śmiać, powiedziała: ok, zrób to, ale mnie nie nominuj (Emin była nominowana w 1999 roku, ale przegrała).
    W liście Deucher pisał, że jeśli będę miała jakieś pytania to prosi, żebym się z nim spotkała i razem będziemy rozwiązywać wszystkie wątpliwości. Miałam jedno, podstawowe pytanie: dlaczego ja? Do tej pory nie znalazłam na nie odpowiedzi. Co prawda przeprowadziłam kilkadziesiąt wywiadów z artystami, którzy w większości wydali mi się sympatyczni (chociaż bracia Chapman powiedzieli, że jeśli mnie jeszcze kiedyś zobaczą, to nie ręczą za siebie), a ze wspomnianą wcześniej Tracy Emin czy Sarah Lucas nawet zaprzyjaźniłam się. Ponadto chodzę regularnie na wystawy i jestem, a raczej byłam do tej pory, entuzjastką sztuki współczesnej.
    Wkurza mnie, gdy ludzie mówią, że są wielkimi miłośnikami sztuki, tylko dlatego, że bywają na wszystkich wystawach Moneta, Constable’a i Caravaggia, później po cichu stroją sobie niewybredne żarciki o niepościelonych łóżkach i zapeklowanych rekinach. Co więcej, należę do wąskiego grona zwolenników Turner Prize, narażając się wszystkim tym, którzy uważają przyznawanie tej nagrody za wydarzenie błahe, będące jedynie chwytem marketingowym.

    OdpowiedzUsuń
  30. Pomimo przytoczonych wyżej słów entuzjazmu dla sztuki współczesnej i aktywnego uczestnictwa w różnych jej przejawach, to jednak nie są to mocne argumenty przemawiające za moim dołączeniem do grona jurorów.
    Podejrzewam, że mogło chodzić o to, że bardzo trudno jest znaleźć kogoś, kto sprostałby takiemu zadaniu, nie będąc jednocześnie powiązanym zawodowo albo komercyjnie z art worldem. I nie byłby kompletnym ignorantem (pewnie według tego klucza zaproponowano mojej koleżance Mirandzie Sawyer członkostwo w jury w przyszłorocznym Turner Prize i choć próbowałam ją namówić, żeby odrzuciła tę propozycję, Miranda była podekscytowana tak jak ja na początku i zgodziła się).
    Miesiąc po otrzymaniu listu z propozycją Deucher zaprosił mnie i pozostałych trzech członków jury do Tate Britain, żebyśmy poznali zespół kuratorów, którzy cały konkurs organizują. Jeden z jurorów, Matthew Higgs nie był w stanie dotrzeć na spotkanie przez jakieś problemy z wizą, ale pozostała dwójka, czyli Margot Heller, kuratorując South London Gallery i Andrew Renton, wykładowca w Goldsmith Collage, byli na spotkaniu.
    Dyrektor Tate Britain wyjaśnił nam na czym ma polegać nasza praca: przez rok mamy oglądać różne wystawy i wybrać artystów, którzy naszym zdaniem zasługują na nominacje do nagrody (każdy z nas miał możliwość stworzyć listę, na której znalazłoby się sześć nazwisk artystów). Wtedy ponownie spotkamy się w maju 2006 roku i zawęzimy listę dwudziestu czterech nazwisk do czterech. Wtedy, wybrani artyści będą mieli kilka miesięcy na przygotowanie indywidualnych wystaw w Tate, a my ponownie spotkamy się w Tate w grudniu 2006 roku i wybierzemy zwycięzcę.

    OdpowiedzUsuń
  31. c.d.
    Zasady brzmią niby prosto, ale takie proste, jak się okazało, nie są. Artyści musieli mieć mniej niż pięćdziesiąt lat, być urodzeni albo mieszkający i pracujący w Wielkiej Brytanii. I tu zaczynają się rodzić wątpliwości. O ile granica wieku jest jeszcze zrozumiała, o tyle niejasne jest jak długo ktoś musi mieszkać w Wielkiej Brytanii, żeby móc się zakwalifikować? Albo czy może jedynie pomieszkiwać i dojeżdżać. I najdziwniejsze kryterium: artysta ma być nominowany nie za dzieła ale za konkretną wystawę.
    Co więcej, wystawa która będzie pokazana w Tate, choć robiona przez tego samego artystę, ma się różnić od wystawy, za którą artysta został nominowany do nagrody (wiele osób uważa, że bywa tak, że bracia Chapman nie wygrali Turner Prize właśnie z powodu rozczarowującej wystawy w Tate).
    Pod koniec spotkania Deucher obiecał nam, że w ciągu kilku tygodni wyśle nam listę wystaw, na których mamy szukać artystów do nominacji (nawiasem mówiąc listę dostaliśmy dopiero w styczniu). Otworzyłam szeroko ze zdumienia, że wystawy, które mamy zobaczyć odbywają się nie tylko w Wielkiej Brytanii ale na całym świecie. Na liście znalazły się galerie z Sao Paulo, Toronto, Los Angeles, Montrealu, Tokyo i Nowego Jorku.
    - Jak ja nienawidzę latać samolotem – powiedziałam do siedzącego obok mnie Andrew Rentona
    - Nie ma sprawy, Ty weźmiesz Milton Keynes, a ja Sao Paulo
    Chyba nie muszę dodawać, że byłam mu bardzo wdzięczna.

    OdpowiedzUsuń
  32. c.d.
    Następnego dnia spotkałam się z Sadie Coles, która prowadzi galerię na Heddon Street. Na wiadomość o moim jurorowaniu zareagowała tak jak wszyscy: zdrowo się uśmiała, a następnie wręczyła mi przewodnik po wszystkich wystawach, które odbywają się w tym roku na terenie Wielkiej Brytanii i Irlandii. Złapałam się za głowę, gdy okazało się, że w samym Londynie jest ich aż 198! Na dodatek wiele z nich odbywała się w częściach miasta, do których nawet nigdy nie dotarłam.
    Postanowiłam, że w pierwszy weekend zobaczę galerię na Bethnal Green, dzielnicy, która znana jest z tego, że ma największą koncentrację galerii w całej Wielkiej Brytanii, ale zdążyłam zobaczyć tylko kilka z nich.
    Wiele galerii z listy Sadie było zamkniętych, a niektórych z nich nie mogłam znaleźć, pomimo, że podróżowałam z mapą. Na Vyner Street miało być kilkanaście galerii, znalazłam tylko sześć. W jednej z nich spotkałam Keanu Reevesa, który, jak sam się wyraził, szuka czegość niebieskawego w stylu Ivesa Kleine’a.
    Spotkanie Keanu było jedynym pocieszeniem w mojej długiej i samotnej wędrówce po East Endzie. Początkowo moimi przyjaciele bardzo się zapalili do wspólnego oglądania ale szybko się zniechęcili. Uznali, że mają ciekawsze rzeczy do roboty, niż stanie w dwugodzinnych korkach tylko po to, żeby zobaczyć „wystawę”, złożoną z trzech płyt chodnikowych i opony. Czy to wszystko? było najczęstszym pytaniem, padającym z ich ust. Często też słyszeliśmy od właścicieli galerii, że wystawa jest czasowo nieczynna z powodu awarii projektora albo odtwarzacza DVD.
    W trakcie oglądania kilkudziesięciu wystaw w różnych galeriach nabrałam nowej umiejętności, zdecydowanie ułatwiającej kontakt z galernikami. Mianowicie, przed odwiedzeniem galerii należy wcześniej tam zadzwonić i się zapowiedzieć. Wtedy galernik wie, że wizytę w galerii traktujesz poważnie a pewni i sam jesteś kimś ważnym. Po zaanonsowaniu swojej wizyty galernik czyje się w obowiązku opowiedzenia o wystawie i oprowadzeniu cię po niej. Czasami trudno wysłuchać opowieści z zainteresowaniem, albo przynajmniej zachować powagę, zwłaszcza, że ma się przed oczami „działa” w postaci wspomnianych wcześniej trzech płyt chodnikowych i opony (chociaż oczywiście zdarzają się wyjątki, jak Tot Tylor z Riflemaker Gallery).

    OdpowiedzUsuń
  33. c.d.
    Przez pierwsze kilka miesięcy starałam się sumiennie chodzić na wszystkie wystawy w Londynie. Zauważyłam, że jest masa galerii, która próbuje sprzedać anemiczne abstrakcje, które najlepiej wyglądałyby przykryte kotarą. Dostałam nawet zaproszenie na wernisaż do hotelu Trafalgar. Cała wystawa mieściła się w korytarzu przy windach a na ekspozycje składało się kilka zdjęć kwiatów, zawieszonych krzywo na ścianach.
    Poświęciłam też dużo czasu na chodzenie po wystawach artystów o brytyjsko brzmiących nazwiskach, a później okazywało się, że byli oni Amerykanami albo Kanadyjczykami, których nominowanie byłoby równoznaczne ze złamaniem zasad regulaminu. I odwrotnie: z góry nie chodziłam na wystawy takich artystów jak Haluk Akakce, Zarina Bhimji, Ergin Cavusoglu, Kerstin Kartscher, Goshka Macuga, Saskia Olde Wolbers czy Zineb Sedira, ponieważ myślałam, że nie mają nic wspólnego z Wielką Brytanią.
    Zanim przystąpiłam do oglądania wystaw, postawiłam sobie za cel znalezienie malarza, który mógłby trafić na moją listę. Nie dlatego, że uważam, że malarz bardziej zasługuje na Turner Prize niż na przykład twórca sztuki video, ale dlatego, że wiele osób wychodzi z takiego założenia, a poza tym ta nagroda ma za patrona właśnie malarza. Ale im więcej obrazów widziałam, tym bardziej utwierdzałam, że w przekonaniu, że moja misja jest beznadziejna. Najczęściej były to knoty, stylizowane na malarstwo Starych Mistrzów. Jedynym wyjątkiem były prace Tommy Abts, której nazwisko znalazło się na mojej liście.

    OdpowiedzUsuń
  34. c.d.
    Kolejny problem polegał na tym, że po obejrzeniu tak wielu prac w tak krótkim czasie, wszystko zaczyna ci się zlewać. Na dodatek masz wrażenie, że wszystko wygląda tak samo albo bardzo podobnie i gdy wreszcie trafiasz na jakiegoś artystę, który robi coś innego albo zapadającego w pamięć, masz ochotę okrzyknąć go drugim Picasso.
    Gdy ludzie z art worldu zwęszyli, że jestem jurorem Turner Prize na moje biurko i skrzynkę mailową zaczęły napływać zaproszenia na różnego rodzaju wernisaże, bankiety, obiady VIP-owskie, z których najczęściej wychodziłam po trzech piwach i wódce. W ogóle przyjęcia kręgu artystycznego to bardzo dziwne imprezy. Nigdy nie wiadomo, kto za to wszystko płaci. Poza tym nikt nie jest sobie należycie przedstawiony, więc przez połowę wieczoru usiłujesz się domyślić kto jest kim. Pewnie zdarzyło mi się obrazić kilka osób pytaniami na przykład o to czy prowadzą galeryjkę w City, a w rzeczywistości byli dyrektorami Muzeum Narodowego we Włoszech.
    W grudniu znalazłam się na półmetku mojego jurorowania i ani o centymetr nie zbliżyłam się do odpowiedzi na pytanie co ja mam właściwie robić?
    Na początku nowego roku sytuacja zaczęła ulegać zmienia na lepsze. Zrobiłam się bardziej wybredna przy doborze wystaw. Znalazłam kilku artystów, którzy mi się spodobali. Mój nastrój z totalnej beznadziei zmienił się na dużo lepszy.

    OdpowiedzUsuń
  35. c.d.
    Ale oto pojawiła się nowa trudność: ktoś napisał pismo do Freedom of Information Act o opublikowanie korespondencji (również tej mailowej) pomiędzy jurorami a dyrekcją Tate. Tym sposobem wszystkie moje narzekania na beznadziejne wystawy, ogólne niedoinformowanie w organizacji, a także moje wątpliwości, czy aby na pewno jestem wystarczająco kompetentną osobą do tak odpowiedzialnej funkcji zostały opublikowane w The Sunday Tlegraph. Po tym incydencie nie ośmieliłam się już z kimkolwiek korespondować.
    W tym czasie, gdy jurorzy starają się wytypować artystów, publiczność może wysyłał do Tate swoje propozycje. Ich głosy mogą być wzięte pod uwagę, ale równocześnie muszą się liczyć z tym, że automatycznie zostaną wyrzucone prosto do kosza. Kilkakrotnie dopytywałam się kiedy będę mogła mieć wgląd w listy nazwisk nadesłane przez publiczność, ale przez cały czas zostałam zwodzona. Skończyło się na tym, że listę z samymi nazwiskami (bez dzieł) dostałam w noc przed ogłoszeniem przez nas skróconej listy nominowanych, więc nawet nie miałam szansy na zobaczenie prac sugerowanych osób. Tylko jeden artysta o pseudonimie UBE zdobył więcej niż sto głosów. Straciłam kilka godzin na bezsensowne próby znalezienia go w Internecie. Dopiero córka powiedziała mi, że skrótem UBE oznacza się niechciane/zignorowane maile. To, że Tate mówi, że głosy publiczności zostaną wzięte pod uwagę jest zwykłym oszustwem.
    Pod koniec konkursu dowiedziałam się, że trzymanie się przeze mnie zasad Tate było dużym błędem. Byłam pewna, że jurorzy mają wybierać artystów na podstawie wystaw na których byli. Dopiero na spotkaniu, na którym mieliśmy ułożyć listę czterech nominowanych dowiedziałam się, że pozostali jurorzy na większości wystaw nie byli, a moje obawy przed lotem do Sao Paulo były zupełnie bezpodstawne. Pozstali członkowie jury powiedzieli mi, że wystawy mogłam obejrzeć w Internecie. Dlaczego o tym nie pomyślałam?
    Spotkanie, na którym stworzyliśmy krótką listę odbyło się w maju i było prowadzone przez Nicka Serotę. Kilka osób uprzedzało mnie, że często jest tak, że Nick czyta nasze sugestie i sam wybiera czwórkę nominowanych. Tym razem tak się jednak nie stało, Nick praktycznie nie wtrącał się.
    Wszyscy członkowie jury zgodzili się co do jednego nazwiska, które również było na mojej liście, ale pozostałe moje propozycje zostały najpierw zignorowane, a następnie odrzucone. Jury bardzo szybko doszło do zgody i nominowało czterech artystów: Tommę Abts (malarstwo), Rebeccę Warren (rzeźba), Phila Collinsa (video) i Marka Titchnera (instalacja).
    Na tym moje obowiązki jurorki zakońyły się, mieliśmy spotkać się jeszcze w grudniu i wybrać zwycięzcę.
    Piszę to z ciężkim sercem, ale rok mojego jurorowania był dla mnie bardzo otrzeźwiający. Ostudził mój entuzjazm dla sztuki współczesnej. W galeriach pokazywana jest cała masa sztuki bardzo złej, wręcz banalnej i aż trudno uwierzyć, że galerie mogą uwierzyć, że galerie chcą to pokazywać. Podejrzewam, że ten kryzys jest spowodowany sukcesem YBA w latach 90, który stworzył przesyt i sytuację, gdy galerię szukają artystów, których jedynym atutem jest ich młody wiek, a nie talent.
    Czwórka artystów, których wybraliśmy, jest oczywiście wyjątkowa, tworzą interesujące dzieła, a jedno z nich jest absolutnie fantastycznie.
    Ale czy czegoś się dowiedziałam [o sztuce]? Jestem tak samo zielona jak rok temu.

    OdpowiedzUsuń
  36. no i Pan Jacek odszedł...

    OdpowiedzUsuń
  37. Właśnie. Milczę, by mogli wygadać się o tym fakcie ci, co niewiele mieli z nim wspólnego za życia.

    OdpowiedzUsuń
  38. Anonimowy16:12:00

    Należę do tych, "...co niewiele mieli z nim wspólnego za życia." i jego twórczością. Do tego, jeszcze przed 3 tygodniami w ogóle ją nieznałem. Myślę jednak po tym co zobaczyłem, że mogę dołączyć się do komentarza ~atamana na onet.kultura (http://kultura.onet.pl/sztukipiekne/jacek-sempolinski-nie-zyje,1,5232476,artykul.html): "Fantastyczny gość, mimo iż nie znałem go osobiście pamiętam doskonale jego obrazy pełne ekspresji, zmagania się z materią i z własną wizją. Prawdziwy artysta. Przypominał mi współczesnego Van Gogha, dla którego pejzaż był pretekstem do tego, aby dać nura w Malarstwo. Jeśli niebo malarzy istnieje, tam go spotkacie."

    Pozdrowienia z Hamburga - max dogin :)

    OdpowiedzUsuń
  39. Nieprecyzyjnie się wyraziłem, bo w tym "niewiele mieli z nim wspólnego" chodziło mi raczej o związki lub ich brak w planie mentalnym, a nie o konkretną znajomość i wynikające z niej jakies szczególne prawo do wypowiedzi.
    Dowód: red. Jarecka z Wyborczej, choć znała profesora Sempolińskiego osobiście i nieraz potrafiła niegłupio o nim napisać, nawet z nekrologu o artyście potrafi zrobić wojenną tarczę. Dla niej ostatnia wystawą profesora -jak napisała przedwczoraj w GW- była wystawa w Łodzi, rok temu...

    OdpowiedzUsuń