6 gru 2009

Wystawa, która nie rzuca cienia

Dzisiejsi słuchacze dzięki dzisiejszym możliwościom technicznym mają research, jakiego nigdy nie mieli żadni słuchacze wszechczasów. No i wybrali ....Dodę. Ponieważ studia kuratorskie będą wypluwać kolejne zastępy absolwentów, już teraz bójta się wszystkie Rembrandty polskiej plastyki. Teraz ważny jest sam research, wnioski raczej niekoniecznie. 

Zawsze czytam Pańskie teksty zanim się wypowiem i odnoszę się do nich, ale nie wprost. Tylko, zdaje się, Pan czyta moje wpisy wyłącznie z tezą, że pochodzą od spiskowca i konserwy. Sam się Pan w każdym temacie, a zwłaszcza w tym tutaj solidnie waha, ale ze 100% pewnością nie podziela Pan moich obaw, że to co proponuje się teraz pod hasłem:"nadciąga nowe(..), kruszeją dominujące przez ostatnie lata modele sztuki" to w większości artystyczny chłam. Więcej, numer z mikrofonem na "nie ma sorry" potwierdza, że na te "nowe modele sztuki" od dawna czekał (mieszczański) kołtun, dla którego artysta zawsze był małpą.Jest jednak coś, co Pan (wbrew sobie) ze mną podziela: tak jak mi Pan, tak Panu Mazur od razu przypolemizował. Ośmielił się Pan napisać o tym, co pokazano u Mytkowskiej słowami:1. praca "skażona infantylizmem"2. "malowidło rozczarowuje"3. "słaba, niedomknięta narracja"4. "nic odkrywczego"5. "brak osobistej motywacji kuratorów"6. "Piękna bańka, choć pusta"i nieszczęście gotowe. Uderz w mikrofon, Mazur natychmiast się odezwie. Bo w ZUJ-u i Zachęcie do szybkiego reagowania, zatrudnia się zastęp mocnych w gębie strażników pieczęci.

polecam Panu mój ostatni post pod poprzednim tematem (Simon). Może Pan nie odpowiadać (post demaskatorski), ale niech się Pan sam zastanowi, czy w którymś fragmencie fałszujący rzeczywistość.Po za tym litości! Ja nie twierdzę, że Serota czy Szymczyk dzwoni do Mazura z instrukcjami, tylko że te instrukcje Mazur wyłapuje sam z eteru, bo tam gdzie szuka, nie ma innych. Młodzi kuratorzy zaatakowali Pana i Mazura, bo tak jak mnie Pan, tak oni Pana odczytali prościuchno. Oni uważają, że rzetelny research to jedyny warunek dobrej wystawy. Tak, jak uważa się, że jak ktoś przy linijce robi to myśli, a jak rozchlapuje, to ciemnota. Jeżeli sztuka ma jakiekolwiek zadania, to jedno wydaje się niepodważalne: kompromitowanie banału. Ja, skromnie uważam, dlatego się tu produkuję, że tzw nowe nie kompromituje banału, kompromituje albo jak chce Mytkowska i jej dzieci ODUCZA SZTUKI

Wystawa rzuca cień, nie rzuca na kolana. Rzuca cień na te wszystkie deklaracje: wszystko jest sztuką, każdy jest artystą.Nie rzuca na kolana, bo wielu w te deklaracje uwierzyło, tylko po to, by przepychać bez oporów SWÓJ chłam.Pan Krytykant nie pada wprawdzie na kolana, ale pada ofiarą własnej, wcześniej udawanej tolerancji pisząc:1. kuratorzy powtarzają kuratorską filozofię wypracowaną przez Fundację Galerii Foksal, teraz obecną również w działaniach Muzeum Sztuki Nowoczesnej2. Nie przekonuje mural Sławomira Pawszaka: efektowny, lecz nazbyt podobny do obrazów Piotra Janasa.A jeszcze wczoraj nie przeszkadzały mu Richtery przed Sasnalem i busy przed Simonem.Można oczywiście pisać tasiemcowe elaboraty na temat tej, jak i każdej innej błahej wystawki. Ale primo: bez czytania autorskich podpisów nie domyślimy się czyje co je, secundo: bez autorskich wyjaśnień nie domyślimy się, czy to co je, autorowi się udało czy się nie udało. Te dwie cechy są i zawsze będą marką fabryczną wszelkiego chłamu w sztuce.

Wśród wielu obszarów ludzkiej aktywności, sztuki wizualne są dziedziną o dość wysokiej, społecznej randze i jednocześnie o najniższym stopniu "sprawdzalności" (wiadomo: nieudany obraz czy tzw. projekt niczym specjalnym nie grozi, ale nieudana kolejka linowa to pewna śmierć lub kalectwo pasażerów). Toteż pcha się do sztuk mnóstwo "śmiecia" żywotnie zainteresowanego, by ostatnie okruchy owej sprawdzalności: warsztat, tradycję, logikę następstw wmieść jak najgłębiej pod dywan.

Techniki laserunkowej używało mnóstwo knociarzy i tyleż arcymistrzów. Nie samo użycie jakiejś techniki jest do podziwiania tylko -ewentualnie- sposób tego użycia. A co do ochry na ścianach jaskiń: Jak pan dłużej poogląda pstrokaciznę tych np. majstrów z Art Now vol. 2, albo tych adeptów z "nie ma sorry", to pan w ogóle zapomni o ochrze.

Nie ma, sorry, już dawno o czym gadać. Błahetki na wystawie na jotę nie odbiegają ani w tę ani we wtę od średniej światowej na ten moment ot, choćby dmuchanych zajączków Koonsa, barłogu Emin czy zdezelowanych klamotów w ramach Berliner Biennale. Trochę dowcipu, trochę maziai na ścianach i szybach, jakieś fotki, szczypta golizji i prywatnych mitologii, krzywe pudła, grucha asfaltu słowem: lata walki (walki, podobno, spaceruje). Powieką bym nie mrugnął, gdybym jutro przeczytał, że coś z tego zakupiła Tate albo inna jaka Whitechapel. Powieką nie mrugnę, jak po następne prace, P. Mytkowska zaprowadzi dzielną dziatwę ze SKUJ-u na kwerendę po warszawskich żłobkach.

P. Banasiak konkluduje: "Aby więc naprawdę poznać artystów i  kuratorów współtworzących "Nie ma sorry" musimy poczekać". No właśnie. Musimy poczekać, bo w blokach startowych już tylko na to czeka kolejne "wyjątkowe i jedyne w swoim rodzaju" najmłodsze pokolenie "do zagospodarowania". Najmłodsze pokolenie, z najnowszym poczuciem misji zrobi nowego loda (ale już bez użycia substytutu) prawdziwemu kuratorowi, dając wyraz swojej niesamowitej (uprasza się o nieużywanie słowa: niesamowity) odwadze w kraju pszenno-moherowym. Z Zurichu pierwSZYM CZY Którymś kuratorem odwaga ta wstrząśnie i przyszłość zjawi się jak marzenie. A jak nie wstrząśnie, to młodszy od Kuby Banasiaka, najnowszy kurator napisze: "Aby więc naprawdę poznać artystów i  kuratorów współtworzących "Nie ma sorry" musimy poczekać"

Proponuję nowe, tuszę nośne hasło do słowniczka Gorczycy: ARCYNARCY - salonowy underground, handlujący -ile wlezie- NIEKOMERCJĄ po wszelkiej maściTARGACH. Przekonany o swej niemałej atrakcyjności wśród rzesz kuratorek o urodzie feministek, częsty bywalec kronik towarzyskich. Wielka CHĘTA na Zniechętę, czyli autor popularnej wśród PR-owców zwanych krytykami sztuki, instrukcji  budowy galerii narodowej w piwnicy (lub suterenie).

Łojojoj! To się, Panie, porobieło. A pono syćko je śtuką. (korespondencja z Łowicza?)  

Wstęp po niewczasie

Przybylski jest słaby bo zaledwie w Zderzaku, Matecki dobry bo już w Hollybush Gardens, Sasnal genialny bo u Saatchiego. To takie proste.
A propos Mateckiego. Będzie z tym miał P. Banasiak problem: Prace Mateckiego są w zachodniej galerii (którą to okoliczność P.B. uwielbia) ale też gładko wpisują się w definicję Rastra: "szeroko rozpowszechniony gatunek malarski cechujący się techniką tzw. „grzęznącego pędzla” - dłubania w brudnej farbie niczym w błocie, rozchlapywania połamanych kolorów w bezmyślne, niespójne formy.Ten pozbawiony walorów estetycznych i intelektualnych nurt cieszy się wielkim uznaniem w kręgach artystycznych związków zawodowych (p. DUPA)". No i będzie dupa.

W artykule o Mateckim w Dzienniku (przeczytałem już po poprzednim wpisie) P. Banasiak przezornie cytuje wyjątek słowniczka Rastra. Przezornie też omija ostatni akapit cytowanej definicji Błota:  Ten pozbawiony walorów estetycznych i intelektualnych nurt cieszy się wielkim uznaniem w kręgach artystycznych związków zawodowych (p. DUPA). Przypuszczalnie popularność BŁOTA wśród plastyków wiąże się z fenomenem BEZTALENTA".Żeby była jasność: uważam, że Przemek Matecki jest czujnym malarzem, zdecydowanie zasługującym na uwagę, którego nie skompromituje byle definicja. Ta definicja kompromituje jej autora czyli Gorczycę, który żeby się przepchnąć, wepchnął w błoto pokaźną część (starszej od niego) polskiej sztuki. Teraz Matecki, niechcący, wepchnął w błoto Gorczycę.

Hola, hola. Moja metoda jest smutna, ale metoda Gorczycy -uważa Pan- była wesoła, kiedy Czapskiego - "Od czapy" Raster topił w g... a Abakanowicz w formalinie? Wtedy było oczywiście miło i niecynicznie?Poza tym, niech mi Pan tak nie współczuje, bo wcale nie jest męczące tropienie tych dzisiejszych gierek okołosztuki: są prościuchne i czytelne jak odruchy Pawłowa. Irytuje mnie zupełnie coś innego. To, mianowicie, prowincjonalne merdanie ogonem dzisiejszych krytyków w reakcji na każde zaproszenie polskiego artysty do zachodniej galerii (sukces YPA). Pamiętam, parę ładnych lat temu,  jak jeden z polskich malarzy (uwielbiany przez młodzież) ostentacyjnie olał propozycję wystawy i potencjalny sukces w jednym z b. dobrych miejsc na zachodzie (Kroller/Miller Oterloo). Ja, wówczas ok. 30-latek,trochę się -przyznam-  zdziwiłem, mając na względzie ówczesny przelicznik , on zaś to zdziwienie długo jeszcze kwitował pogardą i wzruszeniem ramion. Teraz zmienił się (na gorszy) PRZELICZNIK, a wraz z nim -jak widać- w tym samym kierunku ETOS.

Powiało kryteriami. Osią moich wypowiedzi o Sasnalu (np Too many artists) była uwaga, że wali z Richtera. Jeżeli P. Otocki -jak Pan mu radzi- odwróci moje zdanie o 180 stopni, wyjdzie mu, że Richter wali z Sasnala! Wow! To oryginalna myśl. Jeśli to wstęp do tekstu o Pańskich kryteriach, to ja też już czekam podekscytowany.

Zastanawiają tacy jak Pan, Panie Otocki, co to dziurę w brzuchu wywiercą "ex-malarzom" po dwóch latach w Akademii, dobijając się o ich, rozumiem, superważne kryteria, a jednocześnie letnim strumieniem oleją kryteria sformułowane przez rzesze tuzów malarstwa z dawno domkniętym, kilkudziesięcioletnim dorobkiem

Nawet tych, których Pan wymienił (to nie są np. moi faworyci) olewa Pan letnim strumieniem, choć to (lepsi czy gorsi) ale jednak malarze z zauważonym dorobkiem. Z malarskim dorobkiem,  którego -z szacunkiem dla Jego wysiłku krytycznego- Pan Banasiak przez 2 lata w Akademii -rzecz jasna- nie posiadł. Nie robię mu z tego zarzutu (po prostu zmienił zainteresowania - nie zbrodnia), tylko Panu, że przedkłada Pan kryteria i założenia osób piszących po gazetach, czyli ustawiających teoretyczne hierarchie (na dodatek z krótkim stażem) , ponad osoby wypracowujące kryteria w pracowniach latami. Polecam w tym wypadku akcję reinterpretacji tytułów prasowych Z.Libery, obnażającą wypaczoną proporcję kwalifikacji do skali wpływów autorów prasowych.    

Panu Otockiemu:1."Nitka, Grzyb czy Modzelewski to jakoś na potentatów intelektualnego dyskursu mi nie wyglądają" - ot chociażby tych Pan olewa.2. Jednak przedkłada Pan kryteria P. Banasiaka, bo się o nie dobija, nad kryteria np. wspomnianego Modzelewskiego - który jednak trochę w życiu pędzlem pomachał i temperą (choć -przyznaję- czasem bezjajeczną), którego Pan olewa.-patrz pkt 1.- 3. Moje przykłady? Plis. A. takie, które mówią czym mógłby być Sasnal gdyby rzeczywiście malował a nie miział w modnej manierze porichterowskiej:- Li Songsong- Keli Reule- Florian Suessmayr- Norbert Schwontkowski
B. Starsze (jak leci, pod ręką) przykłady czym może być malarstwo:-Roger Hilton, William Scott, Manolo Millares, Susan Rothenberg, Paul Rebeyrolle, Ahmed Shahabuddin, Nathan Oliveira, Tapies, Galli, Siegfried Anzinger, N. de Stael, Richard Diebenkorn, Velickovic, R.E.Gillet, Anselm Kiefer, etc etcC. Moje typy: genialny Mariusz Łukasik (r.1953), Jacek Sienicki.

Do B.O: Pan ciągle myli temat z treścią. Rozstrzelania, holocaust to są tematy, treść (komunikat) wynika z jakości ich artystycznej "obróbki. Np. w malarstwie radzieckim kapało od tematów, ale sztuki tam było jak na lekarstwo. Gdyby socrealizm wzorowal sie na Permekem, (a nie na braciach Tkaczow), nie popadłby w krępujacy banał w jaki ostatecznie popadł. Jedyne komunikaty jakie płyną ze sztuki, to nie interpretacje tematów, a światopogląd, osobowość, kształt wrażliwosci, rodzaj doświadczeń autora. Z Sienickiego nie żaden smutek wieje (tak gada każdy amator: ciemne to smutne), tylko taka chromatyka szarości, jakiej nie dopracował się nikt w polskiej sztuce, a w sensie wymowy jego dzieła chociażby takie zdanie: Obraz nie musi być udany, aby był piękny - jak życie, ale musi zawierać wszystko to, co jest ważne- jak życie.Można na temat gadać od rzeczy i odwrotnie. Wychodząc z tego założenia, także tu w tych postach nie trzymam się  tematów P. Banasiaka zbyt kurczowo.

Do B.O.: Idąc tokiem pańskiego rozumowania musielibyśmy powyrzucać z półek i pamięci Gide'a, Valer'ego, Ciorana, Ossowskiego, Read'a, i in. tylko dlatego, że są sprzed grubo ponad 40 lat, a przyswoić komunikaty współczesnych "myślicieli" w tym pańskie. Sorry, będę staroświecki, trzymając się jednak tych pierwszych. Zwłaszcza po zdaniu Nachta: "lekcja jest ta sama, do końca życia".Tak czy owak, sens tego kierunku dyskusji w internecie jest mocno problematyczny, bo jak zauważyła Dorota Masłowska w wywiadzie dla Dużego Formatu (ostatni numer), na blogach internetowych "taką samą czcionką może wypisywać mądrości Benedykt XVI i Kasia lat 12". Dlatego -sądzę-warto tu pisać o czymś innym, o tym mianowicie, co Masłowska zawarła w kolejnym zdaniu: "coś robię, coś myślę, ale i tak to dopiero różni panowie muszą ustalić między sobą, co ja naprawdę robię i myślę". Jarzy Pan?

Pojednawczo zatem powiem, że ja też czekam na nowe, wiele bym dał, żeby się pojawiło, a dałbym wszystko, żebym sam miał w tym udział. Widzę po latach, że to nie tak hop siup, jak chcieliby Panowie co się umawiają. Oni widzą nowe .... ale jedynie nazwiska, udają natomiast, że widzą nowe zjawiska. Nie chcę siać spisku, ale nie wierzę, że ponauczani na uniwersytetach, jeżdżący po świecie, tkwiący w wyszukiwarkach internetowych nie wiedzieli. Wiedzą, tylko rżną głupa, topiąc przy okazji wszystko nie po drodze. I właśnie na to zgody być nie może.

Staroświecki? Ejże. Na zakup Li Songsonga przeznaczyłbym bez wahania nawet jakiegoś Sienickiego z kolekcji.

Rozumiem, że p. Otocki żartuje z tym swoim: "zatem istniałby świat w którym Bezan z Banasiakiem chodzą na piwo i mają identyczne poglądy na temat YPA i rynku sztuki". Otóż ten świat już istnieje. Nie widzę powodów, dla których nie można się napić mając różne poglądy. Chociaż powiem, że takie żarty sprowadzają rzecz do magla. Pisząc tu,  postąpiłem zgodnie z zasadą: "Prawdę warto powiedzieć tym, których się ceni. Oni to wytrzymają". Tak, uważam p. Banasiaka za b. zdolnego krytyka (nie musi mi się odwdzięczać), z tekstami zaskakującymi poziomem przy -co tu gadać- b. młodym wieku. Ale też krytyka, który -moim zdaniem- nie chcąc węszyć (mówiąc sobie: to takie polskie) spisku, za bardzo uwierzył -by tak rzec- w samoistność sukcesu YPA. Zwłaszcza w to, że sukces ten jest funkcją wyjątkowej wartości prac YPA. Zareagowałem m.in. dlatego, że widzę jak wyjątkowo silne środowisko, lobbując na rzecz dość wąsko pojmowanej rzeczywistości sztuki, wsysa co wyraźniejsze jednostki na zasadzie: albo jesteście z nami, mając wszelkie możliwości wynikające z umocowania w kontekście międzynarodowym: media, przestrzenie dotowanych instytucji, pieniądze, albo zasilicie skansen bez znaczenia admiratorów obszarów sztuki innych niż NASZA. Gdy mu to pośrednio tutaj zasugerowałem P. Banasiak się obraził. Rozumiem Go- nikt nie chce być narzędziem, zwłaszcza nikt ambitny. Być może też w większym stopniu niż myślę -podobnie jak P.Otocki i inni- wierzy w jakieś nadchodzące NOWE. Ja, w każdym razie, trochę starszy zgred, bardziej ufam w maksymę T.Manna: "Kultura to umiejętność dziedziczenia", a mniej we wspomnianą samoistność współczesnej polskiej rzeczywistości sztuki. Zwłaszcza jak widzę (wczoraj na otwarciu ms2) jak miliony (54 na wybudowanie i 15 rocznie na funkcjonowanie) otrzymuje segment sztuki tzw awangardowej, która jak wiadomo, występowała się głównie przeciw sztuki instytucjonalizacji . I jeszcze te wykłady: w lipcu w MSN - Claire Bischop z Frieze, a teraz Charles Esche, z Frieze takoż.

"To on i tacy jak on rozdają karty. (Rządzi ten kto płaci.) To oni i ich ludzie (etatowi pracownicy, lub aspirujący do bycia nimi) wszelkie próby unaocznienia tego nazywają "myśleniem spiskowym". To wybieg erystyczny, który pozwala zakwestionować fakty i pozbyć się rywali".Nawiązując do tego postu podałem fakt, oczywiście ma Pan rację niech każdy odczyta jak zechce i bez nazwisk: Jedna z początkujących dziennikarek Gazety Wyborczej szeroko opisywała i oceniała negatywnie poprzedniego dyrektora Muzeum Sztuki w Łodzi, teraz jest jednym z dyrektorów ms2

Nieważne czy Sas czy Kras, głupia klientela i tak wszystko łyknie pod takim czy innym szyldem, zwłaszcza pod szyldem wielkiego serca (kardiomiopatia).

Jeżeli poziom dyskusji tutaj jest dla P.Marty Dertak straszliwy niech nie traci czasu na pisanie tu postów, tylko uda się np do Sejmu. Najlepiej ze znajomymi. Tam prawdziwe życie przemówi do niej prawdziwie wyrafinowanym strzępem pijackich wynurzeń: coś tam, coś tam.A swoją drogą trzeba być średnio przytomnym, żeby chodzić na Bujnowskiego z nadzieją na bógwico.

Bąkowski myśli nad pomysłem? Hm... , w pierwszej chwili brzmi to jak tautologizm, ale w tym przypadku ma sens. Po prostu Bąkowski myśli -jak pisze Babaji- nad pomysłem... ale cudzym. Bąkowski robi to, co większość "awangardowych(?) autorów"  dzisiejszej sceny sztuki: ILE WLEZIE ZAPOŻYCZA. Z tą różnicą, że zapożycza jawnie. Wyszedł z założenia (pamiętamy: zdanie kierowcy odśnieżarki z "Bruneta wieczorową porą" : po co marnować paliwo na wywożenie śniegu jak sam stopnieje)streszczającego się w sentencji: Siły natury w służbie człowieka". Parafrazując do Bąkowskiego: Siła tradycji w służbie awangardy. Bąkowski nie ukrywa inspiracji Gabrielem Orozco, Fritzem Langiem, Charles Ray'em, Wentworthem, Cragg'iem, Prince'em, cytuje Kondratiuka tzw. kultowych, "Wniebowziętych". Słowem: Appropriation Art. Szkoda jednak, że w swojej otwartości nie cytuje rzeczywistych źródeł inspiracji: np. Kienholtza. Ale Bąkowski idzie jeszcze dalej niż appropriation art - zapożycza sztukę zapożyczeń, kompiluje cytowanie cytatów. Jest to cytowanie cytowania: pomysły cytatów z kultowego filmu (Kariera Nikodema Dyzmy), to też już było: Ot, dekadę wcześniej cytowała grupa Tipes Topes ("fajna babka, mówię ci: tipes topes" czytane jak pisane). Bąkowski epatuje swą  wtórnością. Ręce opadają.

Far Rockaway, Hinckley, Looping, sampling, found footage. A tak w ogóle bez napinki?! To może w chwili wolnej małym pędzelkiem zdjęty kwiatek w wazonie? Podobno nic tak nie cieszy jak proste zrobienie zwykłej rzeczy. Good luck.

 

Felieton o albumach Piotra Uklańskiego

No i mamy brakujące ogniwo. Jak rzucimy okiem do tematu Too many artists z lipca b.r. znajdziemy tam przyjaciółkę Uklańskiego - Alison Gingeras, czł. Frieze Foundation w kilku wcieleniach: Jako wydawcę Artforum, redaktorkę Parkett, kuratorkę Salomon R. Guggenheim i Centre Pompidou. Dorzućmy jeszcze: z kręgu francuskiego bilionera Francois Pinault. Bo , jak przystało na frustrata, zawsze zastanawiała mnie światowa kariera takiej plastycznej słabizny jak Uklański. Widzę P. Kubo, że dłużej nie dało się trzymać tajemnicy po weneckich harcach naszych międzynarodowych przyjaciół. Dobrze, że ja nie muszę być grzeczny.

Yes, of course, Uklański ma gdzieś bycie plastykiem czy czymś na kształt. Sam oświadczał to w licznych wywiadach. Ale jednocześnie zajmuje przestrzenie przeznaczone dla plastyków (galerie), jego wystawy (jak kiedyś w Zachęcie) powstają z pieniędzy zapisanych w państwowych budżetach dla plastyków, plastycznie kształtuje swoje prokreacje (choćby drucianą pięść). Aliści nie włazi tym w paradę spawaczom, metalurgom, czy ślusarzom od obróbki skrawaniem,  tylko właśnie plastykom, zżerając środki dotujących sztukę i ściany sztukę kolekcjonujących. (Epatowanie dochodami, to nieodłączny refren licznych zwrotek o sukcesie). Tak więc Uklański nie chce "redefiniować" pojęcia np. hodowli parzystokopytnych, tylko zabrał sę do "redefiniowania" sztuki. Moim, małomiasteczkowym zdaniem, artystyczne i filozoficzne kwalifikacje do owych "redefinicji" ma ten światowiec nader wątłe. I raczej nie jestem zazdrosny, bo np. w najmniejszym stopniu nie żal mi narodowych galerii i budżetów dla siedzącego nie jak U pod NY, ale na zadupiu pod Grodziskiem świetnego plastyka, Włodka Pawlaka. Pierwszym tu wpisem przypomniałem jedynie swoją tezę (z listą dowodów)  z Too many artists (wówczas wiedziałem o różnych związkach, ale nie  o związkach Uklańskiego z Gingeras), że sukces YPA nie jest funkcją jakości tej sztuki, jeno jej adekwatności do modelu -z bardzo konkretnych powodów- ferowanego przez żarłoczną i podekowaną w suto dotowanych międzynarodowych instytucjach korporację o nazwie Frieze Found.

Proponuję wypaść z "Obiegu" i wpaść ...na koncept tournee po innych stajniach. Ja np. załapałem się na wybieg promotorki naszego narodowego s...pecjalisty Uklańskiego - Alison Gingeras. Pogłowie więcej niż skromne:  bezjajeczny makaron neonówek Anselma Reyle sączy trupią poświatę na zady zimnokrwistych szkap Johna Currin i Guy Bourdin;a. Jednakowoż wszystkim fanom pornokiczu z kłopotami natury gastrycznej, zdecydowanie nie zalecam przed jedzeniem.

"Nawet przy złej karcie można zablefować i wygrać". Można wygrać, jak nie sprawdzą. Ja sprawdzam.

Skup interwencyjny sztuki to jednak jakaś aberracja. Zakazałbym  kupowania z litości zarówno od tych z prowincji jak i od tych ze stolic. W ogóle zakazałbym wszelkiego kupowania przez podmioty dotowane (W CZYIMŚ (PODATNIKA) IMIENIU), bo to się kończy wyłącznie marnotrawstwem, kumoterstwem,  bezczelną konkurencją. A, i na koniec ....wypchnięciem towaru na aukcji w Zachęcie, tylko po to, by nadal kupować od nowego swojaka cembrowinę z solą po kilkadziesiąt tauzenów.Wracając jednak do Uklańskiego. Zdaje się, że rozgryzłem swoje, wylane tu frustracje związane z takim jak on i jemu podobni gościem. Oczywiście nie cenię jego roboty, ale to ma znaczenie drugorzędne. Wkurwia mnie,( i choć wszyscy to widzą, to koniunkturalnie udają wariata), że grasuje po światowym firmamencie, do żywego uosabiając ODWROTNOŚĆ cech, które cenionym jeszcze niedawno, budowały artystyczny i wszelki inny kręgosłup. Jeszcze mi dźwięczą w uszach słowa Kierkegaarda: "Ludzie boją się harmonii i wyciszenia. Sądzą, że żywe jest to, co głośne i niespokojne. Tymczasem w spokoju mieszka życie. Tylko skupiony i wyciszony jest żywy aż do dna". I inne, tym podobne -jak powie Uklański- dyrdymały: unikaj efekciarstwa, pisania po płótnie, wrzasku, autopromocji, tematycznych samograjów, łopatologii politycznej etc. A tu z księżyca spada facet, który słowo harmonia kojarzy najwyżej ze starym akordeonem, z wachlarzem koniunkturalnych tematów, prostackim warsztatem (jak mówią - zamierzona surowość), nie kryjący towarzyskich koneksji, a głupia klientela krytyczna (chyba wyłącznie z uwagi na ilość zer na koncie) wstrzymuje nieświeży oddech. Nie frustruje mnie pozycja Uklańskiego, tylko cechy i metody, jakie go do tej pozycji wyniosły.

Człowiek sztuki: Otóż człowieku, rozumiem uczucia Uklańskiego do niezłej sztuki -Gingeras, zwłaszcza z taką ass, jak na zdjęciach w albumie Uklańskiego. Ale, ale. Jakoś te sztuki, jak na komendę dopisały na 81 Rivington street in London w gościnnym lokalu Frieze. (Uklański, Szymczyk, Gingeras, ale też Beatrix Ruf od nagrody Flash Art i tekstów o Sasnalu, i Claire Bishop od wykładów w MSN, i Charles Esche od wykładów w ms2, i Dejan Sudjic od konkursu na MSN).Ślusarz: Między naszymi konceptuartystami a np. Kossuthem czy Whiteread jest taka różnica jak między kluczem i wytrychem. Klucz ma celową formę, ślady użycia i rąk ludzkich, otwiera bez zgrzytów. Ugrdulony z byle drutu wytrych też coś tam z mozołem otworzy, ale...Otocki: Było kilka fajnych debiutów w ostatniej dekadzie. Kilka obrazków Książka, Partyki, Szlagi lub Żugaja chętnie bym zanabył. Salute

Nie, nie jestem z Leto, mózgu szara galareto.

To właśnie, podstawowy błąd logiczny, albo prościutki wybieg taktyczny. Otóż, fakt, że ktoś się z czymś nie zgadza, wcale nie znaczy, że tego nie rozumie. Przeciwnie, z reguły rozumie aż nadto dobrze.

Whielki Bernatowicz

Popełnia Pan jednak po raz kolejny błąd, trzymając się tezy, że jedyną polską alternatywą krytyków YPA są Dudy, Siudmaki i Maśluszczaki, gwardia Kuspita i obrazki nad kominek z DAP. Popełnia Pan błąd, zbyt łatwo identyfikując najlepszą sztukę zachodu z segmentem młodej sztuki polskiej, łaskawie doproszonej do tamtejszych stołów nie z racji jej jakości a jedynie pobieżnej adekwatności, wspartej robotą dwóch stałych jej emisariuszy. Bernatowicz wiele widzi siedząc w tym od lat, jednak -jak słusznie Pan pisze- kombinuje, ale Pan też musi widzieć i wiedzieć -bo nie może być inaczej. Do znudzenia -wypraszany nawet- powtarzałem tu swoje tezy, więc nawet ktoś, kto się na mnie o to wścieka, zabierając głos publicznie powinien to POSPRAWDZAĆ i wytknąć wszystkie dziury i niekonsekwencje. Ale w odpowiedzi słyszałem głównie koszarową satyrę i szydercze pozdrowienia.

100% malarstwa

Jak czytam te pańskie: świeżość, odkrycie czy "błyskotliwe jak prosty wynalazek powstały w wyniku olśnienia", zastanawiam się nad pańskimi kwalifikacjami w kwestii znajomości sztuki ostatniego półwiecza. Bez złośliwości, proponuję Panu zajrzeć do dowolnego leksykonu sztuki francuskiej XX w. albo do kroniki wystaw Zachęty z początku lat 80, tam trafi Pan na płótna: "Lśniące od farby kładzionej w różnych kierunkach, wpisane w asymetryczne ramy", tyle , że ... Pierre'a Soulages.

Jak to kim są autorzy ripost. To beneficjenci państwowej kasy, trzymający tu (i ówdzie też) łapy na pulsie. Od kilkunastu lat straszą, że jak nie oni, to Siudmak i obrazki nad kominek. Jak dotychczas pięknie im to wychodzi. Zagrywka prosta, ale -widać- skuteczna. Powracając do Bujnowskiego. Możeby Pan Krytykant objaśnił, dlaczego fan Bacona jest be, a fan Soulages'a cacy. Link podany, nazwisko promotora takoż, a riposty merytorycznej nie widać. A tak jeszcze wczoraj chciał Pan Banasiak dialogować merytorycznie, nie o układach. Może mu mowę odebrało z wrażenia. Przypominam więc: http://stalker.hautetfort.com/images/medium_outrenoir.jpg

A możeby wreszcie wypier...ć te relikty komuny - dotowane galerie -siedliska nierobów z przerostem zatrudnienia uległego wobec sieci. Nie byłoby problemu, kto ma w nich decydować

Im bliższa konkluzja, tym -widzę- bardziej osobiste wycieczki? Wrocław? Tarnów? A może Zielona Góra, hę?Powtórzę: Żadnych dotowanych, albo tu mamy, k....a, realny soc. Otóż u dotowanych do przewalenia jest wszystko: konkurs, rada programowa, zakupy, lewy sponsoring. Np. zakup pracy u niedotowanego jest czysty jak łza: wartość zakupu jest ugodą, wynikiem negocjacji dwóch stron. U dotowanego: STRONĄ NABYWAJĄCĄ JEST KTOŚ INNY NIŻ NEGOCJUJĄCY ze sprzedającym. Negocjujący zakup nie ma interesu w najkorzystniejszej transakcji. Przeciwnie, może mieć interes w transakcji niekorzystnej dla kupującego czyli budżetu instytucji nabywającej, czytaj: sprzedający odpala działkę negocjującemu niekorzystnie dla instytucji. Pytanie: jakie środki MKiDN przeznaczył  MSN na zakup pierwszej transzy kolekcji, i kto negocjował wysokość kontraktów?

"Brak mecenatu przy tak nieprzygotowanym odbiorcy zrobiłby spustoszenie". Zdaje się, że się nie rozumiemy. A czy ja mówię o braku jakiegokolwiek mecenatu? Ja mówię o wywaleniu mecenatu instytucji dotowanych z budżetu. Bez takiego mecenatu powstały w Polsce wspaniałe kolekcje GK, KM, KJ i masa innych ze znakomitą sztuką, którą się pokazuje także w publicznych lokalach( np. Zapis przemian K. Musiała w Zachęcie, notabene za haracz, który kolekcjoner musiał zapłacić za udostępnienie zbiorów odbiorcom). Mówi Pani o nieprzygotowanym odbiorcy. A co on ma za znaczenie, czy on się w tym w ogóle powinien liczyć. Niezorientowany nie chce, a jak nie chce niech spada. Widziała Pani na oczy masowego odbiorcę sztuki. To w ogóle zawracanie gitary. Jakaś kolejna po ZUS-ie, piramidalna obłuda. Np. ZUS ma się troszczyć o mnie w niepewnej przyszłości, a jednocześnie ma gdzieś czy mam co jeść dzisiaj. Urzędnicze pieprzenie, podobne do konieczności istnienia Ministerstwa Kultury czy mecenatu instytucji dotowanych z budżetu.

Nie ma Pani żadnych szans przeciwdziałać nieprawidłowościom. Wpisy tutaj służą wyłącznie poinformowaniu "wroga" o tym, że jego grzeszki są dawno rozpoznane. A propo's rozpoznania. Anonimowy popisuje się wiedzą, że Bezan bierze pieniądze na wystawę z budżetu, a chrzani o czymś odwrotnym. Otóż nie ma tak dobrze. Ten, którego Anonimowy kojarzy z Bezanem (patrz wpisy B. Otockiego)nie dostał żadnych pieniędzy z budżetu. Dostał je wystawiający artysta (i zaraz wydał podwójnie), a nie kojarzony z Bezanem właściciel wystawiającej galerii. Właściciel stracił na wystawie równowartość dotacji. Sprawdziłem u źródła. Urzędasy niech się bronią, ich prawo, ale w zgodzie z prawdą, którą w tym wypadku łatwo zweryfikować.

Nie porozumiem się z Krytykantem, bo on za antyk i tradycję w sztuce ma neon z kina "Skarpa" po remoncie, a za arcydzieło kolejnego gluta (po autoportrecie) Althamera, o wdzięcznej nazwie "Guma". P. Banasiak bawiąc się w cenzora, tak zwekslował tu dialog, żeby się przypadkiem nie ustosunkować do licencji Soulages-Bujnowski. Ciekaw jestem jak Pan, autor afirmatywnych ochów i achów do bujnoeszczyzny, się czuł, jak Pan zobaczył podany link. Bo na 85% pewien jestem, że Pan go widział. A już w ogóle nie liczę na to, że ustosunkuje się Pan do innych podanych przeze mnie licencji. Obawiam się, że w tym celu musiałby się Pan przełamać i sięgnąć do roczników Cimaise, XXsiecle, Art International, Aujourd'hui. To -sorry- era grubo przed neonem, choć po niejednym glucie.

Zwracam uwagę, że plagiatuje się głównie (wyłącznie?) rzeczy łatwe wykonawczo. Kiedyś napisałem, że z Richtera też wybrali popbanalizm, proste wcierki pejzażowe i kolorowe kwadraciki, a jakoś nie przymierzyli się do trudnych, richterowskich, grubo nawarstwionych ławkowców. Ciągle przy tym słyszę, że coś jest celowo niezdarne, celowo surowe, zamierzone bylejak, lekkuchno, świadomie w 5 minut etc.. Czekam więc aż ktoś coś wreszcie skomplikuje, popracuje nad jednym parę miesięcy, poprzerabia do zamordowania materiału i dopiero wyplute pokaże. Trzebaby być kretynem, żeby apriori tępić Sasnala czy Bujnowskiego, apriori przychrzaniać się do ich roboty czy osoby, a w zamian, "na pniu" lubić i cenić  jakichś artystów dnia wczorajszego. Zapewniam Krytykanta i innych, że jakbym gębę z podziwu otworzył przed rzeczami LUB ODKRYWCZĄ IDEĄ Ładnowców czy innych jakowychś, tobym to jako pierwszy światu starał się wykrzyczeć. Przepłaciłbym, żeby mieć, przekonywałbym, żeby inni się skusili. A tymczasem widzę wtórne smużki gładko zamalowanej czerni, jakieś skapy i wywijasy pędzlaste bez formy i Pana Banasiaka zachwyconego kostropatym neonem ze "Skarpy" jako jedyną fajną tradycją. Nie lubię moheru, ale na końcu języka mam: Unia Europejska - a tfu!

Jak zawsze i wszędzie jest nadprodukcja bzdetów, bo sztuki -jak zawsze i wszędzie- jest w sam raz, a może nawet przymało.

Właśnie trwają w Warszawie wystawy Dominika w Królikarni i Sienickiego w aTaku. Polecam je uwadze gospodarza blogu. Być może okaże się, że to właśnie te osobowości i zjawiska, a nie neon ze "Skarpy" stanowią "świetlaną -nomen omen - przeszłość i tradycję polskiej sztuki. W ogóle polecam temu i innym miłośnikom gwiazd ostatniej dekady, częstsze bywanie na wystawach innych niż kolegów "z roku".

Zdaje się, że mamy przesilenie, na kształt tego, które w 20-leciu ub.w. podyktowało Czyżewskiemu słynne zdanie: "narażę się na śmieszność, ale obrazy Rembrandta sprawiają na mnie wrażenie gratów". Dzisiaj, wysilone niezdarności Czyżewskiego same zioną śmiertelną nudą, ale to chyba były początki ośmielenia nieudolności w podrywaniu opinii sprawności i kompetencji. Dzisiaj zastępy plastycznej dukaniny obleczone w nabzdyczone "przesłania",  już nie boją się śmieszności. Przeciwnie, trąbią te swoje fałszywe nutki po zasobnych filharmoniach zjednoczonej Europy. Boję się, że już tylko historia zdolna jest przenieść te kosztowne graty na śmietnik.

A mi ta myśl przychodziła. Walnęła mnie obuchem tupetu. Brylami Orbisona między oczy.

"odnośnie plagiatów, powtórzeń, zapożyczeń... http://pl.youtube.com/watch?v=LDssDK41UYw". No, fajnie, fajnie k...a, ale co z tego. Po van Eycku trochę malarstwa TEŻ JUŻ BYŁO, jakiś Soulages, zum Beispiel. Ale przy nim jakoś nikt nie kwitował: to było. Było malarstwo, ale nie TAKIE malarstwo. Podobnie jak A -już było, ZORRO- już było, ale AZORRO jest teraz, i jak na razie, linków do azorro bis nie widać.Czuję, że niektórzy wolą mieć mi za złe fakt, że wyciągam Bujnowskiemu Soulagesa, niż za złe Bujnowskiemu to, że jest w Lamp Black wtórny. Przypominam więc, że przywołanie S. było (pierwszy tu wpis) reakcją na te wszystkie gładkie pienia o oryginalności i nowych olśnieniach. Jako malarz wiem, że obraz rodzi obraz, a całe to zaczynanie "od zera" jest ściemą różnych ciot od malarskiej rewolucji. Korzystanie z dorobku przeszłości jest rudymentem wszelkiego tworzenia. Cybis mawiał: "Nasi przodkowie nagromadzili skarby, można żyć jak z renty, a przy szczęściu nawet skarby powiększyć". Bujnowski -oczywiście- może żyć z renty Soulagesa, ważne co do tego doda od siebie. Na razie zauważył podobieństwo lśnienia duktów czarnej farby do bliku na włosach, co raczej nie wymaga wnikliwych studiów artystycznych. Podobne zjawisko zachodzi w wielu przypadkach, ot, na krążku płyty analogowej (w przyszłym sezonie: błysk lamp black wpisany -dla odmiany- w symetryczne ramy) . Dziurą w środku może stanowić dodatkowy grant: aluzję otwarcia na nowy horyzont...myślenia o malarstwie.

Te kpiny z okrągłych zdań azorro same się zdążyły zaokrąglić, odkąd wiszą z powagą w muzeum ...narodowem (pod Wawelym). Tego jeszcze nie było? Naturalnie, że było, całe muzea są teraz tym zawalone po dach. Hm. Coś jeszcze chciałem. Aha, co mam powiedzieć spiętemu? (żeby się rozpiął?)

niedoceniony artysta? To już było..;  frustrat? To też już było.. Dzisiaj to raczej niefarciarz. Nie każdy ma kolesiów wśród kuratorskiej braci. Niech azorro zdejmie amaskę.

Do starych, do młodych... O co Pani chodzi. Ja np., zdaje się średnie pokolenie, kilka tematów wstecz podałem, że cenię zarówno starych (nawet nieżyjących, jak Sienickiego), równolatków (jak Suesmayr) ale i młodszych od Sasnali (jak Li Songsong). Nie ma tak dobrze. Nie będziemy się tu wykręcać wydumanym konfliktem pokoleń, żeby przepychać młody lub stary chłam. (była nawet taka wystawka: Każdemu czasowi jego sztuka). Tu nie o pokoleniową różnicę estetyk idzie, tylko jakość w obrębie proponowanej estetyki czy stylistyki. Jest cała paleta młodych, która do starych "gada" i odwrotnie. O, np. Panu Wojciechowi Kozłowskiemu (starszy ode mnie, nie wypominając) z Zielonej Góry podobają się głównie młodzi.Co do Azorro, to fajnie, tyle że nie mieszałbym tu systemów walutowych, raczej widziałbym ich na przeglądzie kabaretów w Mrągowie niż w galerii ze sztuką, skoro ...umarła.

W korzystaniu z modela lub przekładaniu pędzla z prawej (jak się już umie) do lewej ręki jest jedyny tylko sens: wytrąceniu się z rutyny, odejściu od banału konwencji, porzuceniu utartych torów przyzwyczajenia zarówno wykonania i rozumowania. Po to jest właśnie studiowanie NATURY rzeczy. Ale studiowanie natury jest dzisiaj DEMODE, jest dla biorących się za sztukę (widzących sukces Tracey Emin) synonimem ciasnoty umysłowej i wstecznictwa. Tryumf święcą odpady tworzenia, szkic, sztuka nieuczona. Jednak SUKCES STYLISTYKI BRAKU KOMPETENCJI WYNIKA Z POMYLENIA SZTUKI "NIEUCZONEJ" ZE SZTUKĄ NIEUDOLNĄ. Akademizmem nie jest każdy obrazek z aktem, tylko każdy obrazek tchnący konwencjonalną martwotą (bywa,że z aktem). Dla mnie wartość gestu Saatchiego (mniejsza o rzeczywiste powody), który ogłosił tryumf malarstwa właśnie wtedy gdy inni wieszczyli jego śmierć, polega na wolności nie liczenia się z terrorem obowiązującej konwencji. Dzisiejszy akademizm nie polega na malowaniu aktu czy kwiatka w wazonie, a na pakowaniu monitora i tych wszystkich gratów od których kipią dzisiejsze, "postępowe" galerie: neonu, cembrowiny, betoniarki i ...witrażyków RB.

Moje zdanie nt Książka jak najlepsze. Miał taki obrazek prawie abstrakcyjny (chyba postać zbudowana z poziomych maźnięć), który gdzieś zniknął w sieci (był przez moment w Galerii Branicka), i za który dałbym wiele. Myślę, że fałszywki tu zamieszczane są produkcji knociarzy z TK. Paskuda .Sprawdziłem u Branickiej ma sporo fajnego Książka. W pierwszej serii 6 lub siódmy zbliżają się do tego obrazka, o którym mówiłem.

Oko, kokon, koko, na oko... Spoko, skok w szlafroko i na boko. Do Krytykanta: Jest Pan trochę żałosny z tą konsekwencją wyrzutów, byle czego zresztą.

5 gru 2009

Reprint i rehabilitacja...

Mimo, iż współczesna sztuka polska jedną nogą jest już w XXII wieku, a może właśnie dlatego, Galeria Browarna postanowiła przypomnieć, że historia tej sztuki sięga nieco głębiej niż do lat 90 wieku ubiegłego i (co nie do pomyślenia) także do wiejskich opłotków Mazowsza. A tu właśnie, mijający rok 2009 ustalono Rokiem: Józefa Chełmońskiego (160 urodziny) oraz badacza Chełmońskiego, Jana Wegnera (100 urodziny). Słowem wyborna okazja do wznowienia książki Jana Wegnera z 1953 r., zbierającej korespondencję malarza z podłowickich Boczek i podgrodziskiej Kuklówki. Nie zważając na spodziewany, w co światlejszych i postępowych kręgach ortodoksów współczesności, grymas odrazy i obrzydzenia, Browarna przypomina postać Chełmońskiego w jego najbardziej autentycznym wymiarze. Myśli i słowa malarza słane do rodziny, znajomych i kolekcjonerów, zebrane i opatrzone przez Wegnera zestawem arcyinteresujących przypisów, uzmysławiają skalę nie tylko tej postaci, dziś zdecydowanie passe, ale też skalę międzynarodowego sukcesu jego sztuki. Publikacja była możliwa dzięki finansowemu wsparciu Starostwa Powiatowego w Łowiczu, co -w części- jest spłatą długu, jaki zaciągnęła ziemia łowicka wobec malarza. Długu, który w obliczu dzisiejszego stanu mazowieckich siedzib Chemońskiego, po śmierci artysty, w znacznym stopniu się powiększył.

2 gru 2009

Upadek c.d.

W poprzednim poście załączyłem zdjęcia czterech, mazowieckich dworów, z którymi ściśle wiąże się postać i twórczość Józefa Chełmońskiego. Wszystkie fotografie obrazują stan tych miejsc z czasów użytkowania ich przez prawnych właścicieli: Boczki przez Chrzanowskich(ojca b. Marszałka Sejmu III RP), Janowice przez Łoskowskich (Jana i Marię z Chełmońskich, córkę malarza), Kuklówkę (przez samego artystę a następnie rodzinę jego córki Zofii z Chełmońskich Austowej) i Wolę Pękoszewską przez Górskich ("opiekunów" Chełmońskiego w czasach Kuklówki).

Jak już wspomniałem poprzednio, trzy z tych majątków (oprócz Kuklówki), po 1944 r. przeszły w ręce "ludowych" właścicieli PRL-u. Grunty rozparcelowano, majątek ruchomy rozgrabiono, a nieruchomości zamieniono w ... ruinę w barłogu. Tę metamorfozę, doskonale oddają dwa cytaty, do odczytania w tych miejscach jeszcze dzisiaj. Jeden, z frontonu dworu Górskich, umieszczony tam przez właścicieli: "Ja, Panie, niechaj mieszkam w tym gnieździe ojczystem, a Ty mnie zdrowiem opatrz i sumieniem czystem". Drugi cytat, to peerelowska "inskrypcja" obłażąca z blaszanej tablicy tuż przy ogrodzeniu dworu w Boczkach, pyszniąca się tam nadal, 20 lat po zmianach ustrojowych 1989 r.:
"NOWOCZESNE ROLNICTWO GWARANCJĄ WYŻYWIENIA NARODU". Dalszy komentarz zbędny, ilustracje obok.