7 maj 2011

Pawlak Dzienniki / Łukasik Oxidium Chromofobia



u dołu: Mariusz Łukasik



Wystawa białych obrazów Włodka Pawlaka i Mariusza Łukasika w Galerii Browarna.
14 maja o godzinie 18.00 w siedzibie Galerii w Łowiczu przy ul. Podrzecznej 17, nastąpi otwarcie wystawy zestawów prac dwóch malarzy, którzy na miano "osobny" w polskiej sztuce zasługują w stopniu szczególnym. O ile jednak Łukasik osobny był zawsze, o tyle Pawlak, długi czas skrywał tę osobność za fasadą warszawskiej Gruppy. Od lat jednak jest wiadomo, że i on, poza pierwszą fazą swoich, "dzikich" płócien i papierów, realizował malarskie cykle, wywodząc ich rodowód z obszaru wyłącznie własnych mitologii.
Wspólną zaś cechą obu malarzy, świetnych skądinąd kolorystów, jest zabieg świadomej redukcji chromatycznej prac. Zabieg powściągania i konsekwentnego ściszania diapazonu barwnego, aż do różnych odmian matowej bieli, różnicowanej tylko przez upływający czas i zmieniające się światło. Obecna wystawa jest próbą konfrontacji tych dwóch różnych sposobów operowania bielą i ich zestawienia z takąż białą, rozległą przestrzenią Browarnej, zróżnicowanej rytmami pilastrów i gzymsów ścian oraz naturalnie zmieniającym się, dziennym oświetleniem.   

Cykl wielkich (200 x 160 cm) Dzienników Pawlaka, (eksponowanych w latach 90 ub.w., we wrocławskim Muzeum Narodowym i nagrodzonych Grand Prix na festiwalu w Cagnes sur Mer), jest mniej znany, jako że nie został włączony do zestawu retrospektywy malarza w Zachęcie w 2009 r. (Autoportret w powidokach). Całość oparta jest na pomyśle prostego znaczenia dni spędzonych przy sztaludze duktem siedmiu kresek, rytych ołówkiem w świeżej warstwie olejnej bieli i grupowanych ósmą, poziomą. Niekontrolowalna grubość warstwy bieli zakładanej jako podkład na wielkie płótna, choć atakowana powtarzalnym zestawem gestów autora, tworzy ciągle nowe układy nawarstwień i zacieków. W efekcie tej benedyktyńskiej pracy, powstaje struktura zbliżona do tkaniny o grubym, nieregularnym splocie białych gruzłów, różnicowanych światłem i upływającym czasem. O ile światło doraźnie, o tyle czas trwale pogłębia temperaturowe różnice tego, delikatnego reliefu. Żółknące grubsze warstwy bieli, coraz wyraźniej kontrastują wtedy z chłodnym, grafitowym śladem ołówka i wdzierającego się w zagłębienia kurzu. Myślę, że z tych powodów prezentowane na wystawie płótna, dopiero teraz, po 15 latach od powstania, osiągają nieoczekiwany wyraz i sens pozornie monotonnego wyjściowo, malarskiego zapisu. Te Dzienniki z założenia powinny być oglądane po latach. 

Zgoła inaczej ma się rzecz w drugim przypadku. Białe obrazy Mariusza Łukasika właściwie nie muszą czekać. Swój wyraz archiwaliów, zawdzięczają świadomej, od "narodzin" tak realizowanej, autorskiej koncepcji. Łukasika fascynuje natura każdej, zmacerowanej materii. Zanim włączy ją w obręb obrazu, materia ta już musi być "po przejściach". Tylko wtedy ma moc sugerowania autorowi właściwych treści i przeznaczenia. Oczywiście, malarz nie stroni od korzystania z arsenału materii gotowych, często znalezionych przypadkiem. Ale nie zawsze. Jeśli nie, wtedy dziewiczy fragment płótna, tektury czy kartki papieru  tak długo poddawany jest malarskiej "łaźni" aż nastąpi jego "zużycie". Dopiero wówczas kwalifikuje się do "użycia" czyli malowania. Chociaż Mariusz właściwie nie maluje. On drażni, drapie, farbuje, akcentuje, zestawia, sonduje, powleka, skrobie, nasącza, chlapie, suszy, odciska, scala, niszczy, ponownie zestraja. Intensyfikuje proces, który "normalnie" trwa latami. Omija całą naturalność starzenia, by osiągnąć naturalność działania. I osiąga ją bezbłędnie. Jego materie nigdy nie są wysilone, harmonie barwne nie przeforsowane, układy nie fingowane. Chce się wierzyć, że stworzyła je natura, przy jednoczesnej pewności, że są dziełem człowieka bez reszty. Trudniejszego zadania nie ma.


   u góry: Włodzimierz Pawlak
   u dołu: Mariusz Łukasik


    W. Pawlak

M.Łukasik